Lubię czasem napisać o czymś dla własnej przyjemności i satysfakcji. Nie dlatego, że muszę nakreślić te kilka słów, ale dlatego, że CHCĘ. I dziś właśnie naszła mnie ochota na napisanie recenzji płyty, która bezapelacyjnie jest jedną z najważniejszych w historii nie tylko heavy metalu, ale poprzez swą tematykę tekstową, wpłynęła w sposób znaczący na cięższe odłamy metalu. O jakim krążku mowa? O debiutanckim albumie jednej z najbardziej wpływowych grup w historii metalu – Mercyful Fate.

„Melissa” ukazała się już 35 lat temu, ale do dziś stanowi obiekt prawdziwego kultu i zbiór praw determinujących wydawanie płyt w kilku podgatunkach muzyki metalowej. To po prostu jedna z nielicznych płyt monumentów, ikon i ponadczasowych albumów, które inspirować będą kolejne pokolenia adeptów ciężkiego grania. I to zarówno tych którzy zdecydują się chwycić na instrumenty i tych którzy skupią się tylko na chłonięciu dźwięków wydobywających się z kolumn swych sprzętów grających.

Mercyful Fate znajdując się u progu samego startu do muzycznego „wielkiego świata” miał predyspozycje, aby stać się jedną z największych „nazw” muzyki metalowej. Pomysł na muzykę (pomieszanie stylistyki NWOBHM i heavy/hard rocka lat 70 (Black Sabbath) z dodatkiem czegoś własnego – czegoś czego nie da się ubrać w słowa), wyrazisty przekaz tekstowy (King znacznie „udoroślił” tematykę satanistyczną znaną z płyt Venom), doskonały duet gitarzystów (Shermann/Denner) który potrafił zagrać i ciężko, i zwiewnie, lekko (w późniejszym okresie czasu skłonność Hanka Shermanna do lżejszego sposobu grania stała się przyczyną rozpadu zespołu) no i przede wszystkim posiadanie w swych szeregach indywidualności – ponadprzeciętnej osobowości, któa na stałe wpisała się już do annałów metalu. I to nie tylko ze względu na powalające warunki wokalne, ale także na samą osobowość. Tak – to Kim Benedix Peteresen był decydującym czynnikiem, który z Mercyful Fate uczynił zespół ponadczasowy.

Czy można lepiej zdefiniować Kinga Diamonda jako artystę metalowego z całą wokół tego otoczką, niż w otwierającej album kompozycji „Evil” ?

„I was born on the cemetery
Under the sign of the moon
Raised from my grave by the dead
I was made a mercenary
In the legions of hell
Now I’m king of pain, I’m insane”

Powyższy cytat stał się dla mnie swoistym mottem i etosem muzycznej działalności Mistrza, a sam utwór – szybki z energetycznym riffem (skojarzenia z NWOBHM), powalającymi solówkami Hanka znamionował, iż w metalu rodzi się kolejna siła. Ale mimo niewątpliwego kunsztu muzyków utwór ten nie byłby tak wielki gdyby nie powalające na kolana wokalizy Diamonda. Na „Melissa” nie ma już tego jeszcze nie do końca pewnego swych umiejętności śpiewaka. Zniknął brak całkowitej kontroli nad swym głosem (zwłaszcza nad sławetnymi falsetami). Przecież już w momencie pojawienia się pierwszych „górek” (we wskazanym powyżej wersie, druga linijka – słowo „moon”) każdy słuchacz wiedział, iż rozpoczyna obcowanie z jedynym w swoim rodzaju wokalistą, którego praktycznie niemożliwym jest podrobienie, a duże trudności sprawiać będzie innym samo zbliżenie się do wyższych rejestrów wokalu Kinga. „Evil” robił (i robi do dziś) piorunujące wrażenie i genialnym posunięciem było umieszczenie go na samym początku płyty.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż nigdy już potem King nie śpiewał w swych wysokich rejestrach w sposób tak brawurowy i nie „wyciągał” ich w tak nieprawdopodobny sposób. Przecież refren w osadzonym w bardziej hard rockowej konwencji „Curse Of The Pharaohs” wprost wywala nas w kosmos. I dodatowo te solówki – klasyczne heavy metalowe. Przecież to dopiero debiut, a mamy już tutaj do czynienia z wielkim kunsztem. Cóż – tylko najwięksi powalają już na samym starcie.

I w tym momencie zaczynam się zastanawiać dla kogo piszę tą recenzję ? Przecież mało jest takich, którzy mając nawet krótki “staż” nie słyszeli tego albumu. No cóż – być może piszę tylko dla własnej satysfakcji i dla tych nielicznych którzy żyją w nieświadomości istnienia tak wielkiek płyty. A ci co znają “Melissa” mogą skonfrontować swój osąd na temat tego krążka z moim.

Zastanawialiście się kiedyjkolwiek, czy słowa mogą w pełni oddać geniusz płyty uznawanej za absolut ? Czy mogę opisać słowami poziom wokali Kinga – te nieprawdopodobne falstety w “Into The Coven” ?

“Suck the blood from this unholy knife
Say after me: my soul belongs to Satan

Now, now you’re into my Coven
You are Lucifer’s Child
Into the Coven
Lucifer’s Child”

Dziś ciężko mi sobie wyobrazić co czuli w 1983r. ludzie słuchający po raz pierwszy tej płyty. Przecież chyba nikt wcześniej nie był w stanie śpiewać w ten sposób ! Myślę, że już po trzech utworach byli na kolanach, a kolejny cios wokalno-muzyczny spadł na nich w posępnym i bardzo zróżnicowanym rytmicznie “At The Sound Of The Demon Bell”

“Halloween is the night
The legend says the ghost will rise
On Halloween they can’t redeem
A restless soul from ancient scene”

We wskazanym powyżej cytacie King prezentuje to co stanie się jednym z jego znaków firmowych – dwa lub trzy rodzaje ekspresji wokalnej w obrębie nawet jednego wersu tekstu. Jak on to robi ???
Dodatkowo niesamowita solówka w tym utworze, która wprost jest “przedłużeniem” wokalu. Mistrzostwo świata – tyle zmiennych nastrojów, tyle “złamań” tempa i ta duszna atmosfera ciemności. To nie był już tylko metal – to coś więcej. Niesamowita technika i wokal zaprzęgnięte w służbie “czarnego”. Nic dodać, nic ująć.

Jedną z rozlicznych zalet “Melissa” jest także zmienność nastrojów – po bardzo rozbudowanym, swoiście progresywnym “At The Sound Of The Demon Bell”dostajemy zwarty cios w twarz w postaci krótkiego i potężnego “Black Funeral” (warto w tej kompozycji zwrócić uwagę na świetne przejścia perskusyjne autorstwa Kimma Ruzza i kolejne wypruwające z nas flaki solówki).

“Oh hail Satan, Yes hail Satan
Now drink it, drink, forget that whore”

Jednak to co ma nadejść teraz jest czymś podprogowym, czymś co wymyka się wszelkim możliwym definicjom. Mercyful Fate zaprezentował nam muzyczne piekło – w majestatycznym “Satan`s Fall” wprost czuć smród siary ! Co więcej, to nie jest zwykły (jak to dziwnie brzmi w kontekście tej płyty !) utwór heavy metalowy. Zwolnienia w tym utworze rodzą skojarzenia z gigantami rocka progresywnego lat 70. Połączenie w 1983r. heavy metalu z elementami rocka progresywnego było tyleż niespodziewane co wspaniałe. Opętańczy śmiech Kinga i wyśpiewane w ekstazie mroku:

“Is it Satan’s fall?
No… it’s Satan’s call “

to najlepszy muzyczny obraz piekła jaki powstał do tego czasu w muzyce metalowej. I takim pozostał do 1986r. kiedy to Slayer na równie genialnej “Reign In Blood” zamieścił kompozycję “Raining Blood”.

“I’m kneeling in front of the altar
Satan’s cross upon the wall
Strange emptiness, a crystal ball between two candles”

Wersy te oraz poprzedzający je spokojny wstęp z “tęskną” solówką oznaczają, iż dotarliśmy do finału płyty. I znów nieprawdopodobne, wprost nasycone czarnym erotyzmem wokalizy Kinga, znów dość pogmatwana struktura rytmiczna utworu, solówki na poziomie niedostępnym dla większości zwykłych śmiertelników.

“Melissa, you were the queen of the night
Melissa, you were my light”

Z tych wersów aż wylewa się smutek, ból i żal – czarna miłość, wspólna rozkosz czynienia zła. Czy trzeba chcieć więcej od muzyki. W zwolnieniu słychać świetne “geezerowskie” partie basu Timiego Grabbera. Tytułowa kompozycja jest pełnym bólu utworem i poszukiwaniem kogoś kto zadawał ból razem z rozkoszą:

“Melissa, can you hear me?
Melissa, are you there?”

ale daje także nadzieję w ostatnim wersie:

“I think Melissa`s still with us”

Przebrzmiewają ostatnie takty “Melissa”, a słuchacz jeszcze długo siedzi w ciszy z rozdziawioną gębą. Obcował właśnie z czymś skończonym i absolutnym. A to nie często się zdarza…

Muszę przyznać, iż od dawna wyżej niż “Melissa” stawiałem “Don`t Break The Oath”, a było to spowodowane po części faktem, iż nie do końca pasowało mi “duszne” brzmienie debiutu duńczyków. Ale dziś nie jestem już taki pewny wyższości drugiej płyty Mercyful Fate nad „Melissa”. Rzeczone brzmienie nadaje muzyce sataniczny klimat i idealnie do niej pasuje. Hmm, jak widać, mimo setek przesłuchań album ten potrafi mnie jeszcze czymś zaskoczyć i otworzyć kolejne “wrota” wtajemniczenia…

Powtarzam – “Melissa” to absolut, arcydzieło nie tylko heavy metalu, ale także i black metalu. Dzieło w każdym aspekcie skończone i ponadczasowe. To prawdziwy powiew czarnej boskości. Nie ma innej noty, aby ocenić ten geniusz niż:

Michał Grenda, Ocena: 10
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 184, odwiedzin dzisiaj: 1)