Jak ja uwielbiam takie płyty! Albumy zespołów po których wszyscy od zawsze wiedzą czego się spodziewać a które i tak potrafią zaskoczyć. Rozczochrać włosy, wypełnić kufel piwem i bezwiednie rzucić słuchacza w miasto tanecznym krokiem. Oczywiście nie zapomnijcie maseczki.

  Niewiele zostało już takich zespołów. Słuchając „Power Up” (czy, jak widnieje na okładce „PWR UP”) mam świadomość, że jest to kolejna, mam nadzieję że nie ostatnia, płyta prawdziwych dinozaurów. Ale nie w pejoratywnym znaczeniu, w którym lubują się niedawni bywalcy Starbucksa słuchających zespołów do czasu aż te nie zdobędą na Facebooku dziesięciu fanów (bo potem to już zbytni mainstream). Ja mam u na myśli cholernie przerażające olbrzymie bestie rządzące światem przed milionami lat. Zespoły posągowe, łączące kilka pokoleń fanów. No bo kto nam jeszcze pozostał? Judas Priest, Iron Maiden Metallika, Deep Purple… I kto jeszcze? U2? Proszę… Nie ma już Motörhead a nawet niezniszczalny Nazareth ulega powolnej entropii. Ich nowe wcielenie jest takie sobie a biedny, wymęczony życiem Dan McCafferty coraz bardziej odczuwa upływ niełatwych lat spędzonych na scenie.

A Brian Johnson? A Brian Johnson nie. Trochę ogłuchł? No tak. Na chwilę. Słuch bał się stawać na drodze legendzie więc szybko postanowił wrócić. Malcolm Young udał się na wieczne łowy? No to znaleziono kolejnego Younga (ilu tam jeszcze ich mają?) który bezbłędnie zastąpił słynniejszego członka rodziny. Nawet Phill Rudd zdołał powstrzymać się na chwilę przed zlecaniem zabójstwa kogokolwiek, dzięki czemu znów słyszymy go za zestawem perkusyjnym. Jest pięknie, jest dynamicznie, jest swojsko. Ten album mógłby zostać nagrany trzydzieści lat temu i równie dobrze sprawdzałby się w katalogu AC/DC jak teraz. To nie jest kwestia sympatii do zespołu (chociaż tej mi nie brakuje), to nie jest kwestia nostalgii. Oni po prostu nie zmienili się ani o jotę. AC/DC nie kopiuje nieudolnie swojego własnego stylu, starając się sztucznie, dzięki studyjnym technikom w jakiś sposób przywołać energię z czasów kiedy byli w miarę młodzi i w miarę piękni (w miarę – podkreślam). Oni po prostu są kwintesencją hard rocka. Byli nią zawsze i na zawsze pozostaną.

 

Na „Power Up” nie ma słabych momentów. Oczywiście tylko wówczas, gdy przyjmujesz zespół takim jakim jest. A jest konsekwentny. Wiedzą jak grać podszytego lekkim bluesem hard rocka, wiedzą jak tworzyć proste ale chwytliwe riffy i wiedzą, jak sprawić aby linia melodyczna dopełniała podkład rytmiczny. Niby żadna sztuka, ale kto jeszcze tak zmyślnie łączy te trzy elementy? Większość zespołów rokujących przyzwoicie na rynku hard rocka (przychodzi mi na myśl chociażby The Answer) po dwóch czy trzech płytach nagle stwierdza, że są wielkimi artystami i zaczyna mieszać w formule psując przepis na dobry album, tworząc niestrawne papki. AC/DC należą się pokłony właśnie za to, że poważnie traktują swoją bazę fanów, że potrafią ciągle odnajdywać energię i ekscytacje dawno ustaloną formułą i nigdy nie stali się swoją własną karykaturą. Nie potrzeba im przekombinowanych solówek i masowania gryfu. Na albumie „Power Up” mamy zestaw krótkich, bardzo skondensowanych uderzeń, które sprawiają wrażenie prawych sierpowych wyprowadzonych przez dobrze wytrenowanego boksera. Zanim zorientujesz się że oberwałeś, już dostajesz kolejny cios w nos. Żaden ze mnie masochista ale takich uderzeń mógłbym przyjąć nawet więcej niż serwuje nam zespół. Płyta kończy się bowiem zbyt szybko. Dziwi mnie nawet, że o tym piszę, bo jej długość (trochę ponad 41 minut) jest idealnie wyważona. Tyle powinna trwać płyta i zawsze to podkreślałem – czterdzieści do czterdziestu kilku minut i koniec. A jednak w przypadku „Power Up” mam pewien niedosyt. Tym lepiej dla albumu. Lepiej nie dojeść niż nie móc wstać z kanapy od przejedzenia.

Jeden poważny mankament muszę wytknąć, chociaż nie jest on w żaden sposób związany z samą muzyką. Jest to bardziej uwaga dla wydawcy. Drogie Sony i Columbia – następnym razem nie krępujcie się wcale. Owińcie płytę w blok tekturowy albo dwuwarstwowy, szary papier toaletowy i nadrukujcie na tyle kod do ściągnięcia okładki z internetu. Zaoszczędzicie jeszcze więcej! Płacąc za album grubo ponad 55 zł można by się spodziewać że ktoś z łaski swojej rzuci na rynek odrobinę plastiku, ale nie. Nędzny digipack i do widzenia. Fan przecież i tak kupi, a fan majętniejszy kopsnie się na wersję super-duper-exclusive w wersji imitowanej do miliona egzemplarzy… Śpieszcie się! Zostały ostatnie sztuki! Bo jak nie… no to tekturka.

Gdy miałem kiedyś przyjemność recenzować album „Bad Magic” Motörhead wspomniałem niefortunnie, że gdyby to była ostatnia płyta Lemmego, to zespół pożegna się ze słuchaczami w dobrym stylu. Wykrakałem i boję się powiedzieć to samo o AC/DC. Ja jeszcze nie mam dosyć, jeszcze chętnie wydam swoje ciężko zarobione pieniądze na kolejne dwa ich albumy. Albo dziesięć. Niech tylko nie zapominają kim są i dla kogo grają, ale nie muszę tego pisać. AC/DC SĄ hard rockiem.

Jakub Kozłowski

(Łącznie odwiedzin: 212, odwiedzin dzisiaj: 1)