Pierwsze kilka odsłuchów nowego albumu legendy neo prog rocka, zespołu Galahad, odbyłem w cieniu wielkiej, międzynarodowej afery związanej z łamiącą prawo akcją rosyjskiej agentury na brytyjskiej ziemi. Użycie broni biologicznej na terenie demokratycznego państwa, niezależnego i mocno umocowanego w międzynarodowych strukturach sojuszniczych postawiło rząd brytyjski w bardzo delikatnej sytuacji.
Sytuacji, z którą premier Theresa May po raz kolejny nie była w stanie w pełni sobie poradzić. Okazało się, że brytyjska klasa polityczna niezdolna jest do racjonalnych, zdecydowanych działań. Nie o tym jednak jest ta płyta, chociaż i rządy Theresy May i chaos związany z, jak się nieustannie okazuje, niespodziewanym dla klas rządzących wyjściem Wielkiej Brytanii ze wspólnoty europejskiej, problemem terroryzmu i niekonsekwentnej polityki wewnętrznej są zagadnieniami, które doprowadziły Stuarta Nicholsona do wrzenia. Przejawem jego złości jest płyta „Seas of Change”. Galahad wpisał się tym samym w nastroje prezentowane przez inny, kultowy zespół progresywny, Marillon, który na swojej ostatniej płycie dawał wyraz równemu niezadowoleniu z obecnego stanu rzeczy, chociaż czynił to, w bardziej flegmatyczny, typowo angielski sposób. Obu wokalistów, Nicholsona i Hogarha, zdaje się wiele łączyć, nawiedzają ich podobne refleksje ale to Galahad w bardziej bezpośredni sposób uderza pięścią w stół.
Nowe studyjne dzieło Galahad stanowi klasyczny w formie koncept album silnie jednak zakorzeniony w bieżącej sytuacji politycznej, co można akceptować bądź nie. Wydaje mi się jednak, że pod względem instrumentalnym mamy do czynienia z emocjami o wiele bardziej uniwersalnymi, niż wskazywałyby na to teksty Nicholsona. Silne piętno, jakie pod względem lirycznym odcisnął na albumie lider zespołu, chociaż determinuje sposób w jaki słuchacz odbiera płytę, nie powinno przysłonić nam wielkich, niezaprzeczalnych atutów muzycznych najnowszej propozycji Galahad. Chociaż głos Nicholsona, podszyty ironią i, do pewnego stopnia, pogardą dla nieudolnych elit, nadaje płycie depresyjnego charakteru, to prawdziwe piękno albumu leży w jego kompozytorskiej wzniosłości. Tu największe słowa uznania należą się klawiszowcowi Deanowi Bakerowi, odpowiedzialnemu za orkiestrację i aranżację monumentalnego, niemal czterdziesto trzy minutowego Utworu. Przepych i bogactwo albumu zapierają dech w piersiach sprawiając, że nawet jeżeli nie śledzimy na bieżąco tekstów, odnosimy wrażenie obcowania z dziełem nieprzeciętnym i ważnym dla stylistyki, w której Galahad od lat buduje swoją kultową pozycję. Monumentalizm pozbawiony patosu – tak należy, chociaż brzmi to jak frazes, określić „Seas of Change”.

A jednak płyty formacji nie zlewają się w jedną bezkształtną masę, co nieraz stanowi bolączkę grup pozostających wiernymi narzucanych sobie ograniczeń stylistycznych. Bez wątpienia „Lost Ghosts” jest płytą cięższą, bardziej monumentalną i odrobinę trudniejszą w odbiorze od debiutu. Takie w każdym razie odnoszę wrażenie, bo celowo postanowiłem nie wracać do „Rituals” przed napisaniem tej recenzji. Utwory są dłuższe, cięższe, o bardziej progresywno-psychodelicznej fakturze, równocześnie bardziej stonowane od tych, które trafiły na debiut. Muzyka z „Lost Ghost” wydaje mi się bardziej „szlachetna” i wyrafinowana od tej, która trafiła na poprzedniego longplaya. Nie brakuje tu jednak ciepła i melodii, co słychać w otwierającej płytę „Portal” (szczególnie linia melodyczna gitary wygrywana na tle przesterowanego riffu). Podobnie jest w przypadku kompozycji tytułowej, którą rozpoczyna iście Black Sabbathowski riff aby następnie powoli ale z siłą walca sączyć się do ucha słuchacza. Specyficzny klimat całości w dużej mierze wynika ponadto z działań wokalisty, korzystającego z niemal plemiennych zaśpiewów. Wprowadza on element oddechu do kleistej formy instrumentalnej. Wpływy Sabbatów, stanowiące punkt wyjścia dla utworu zostają rozmyte, przekształcone i przetrawione przez indywidualizm muzyków. I powstaje nowa jakość. Tak właśnie powinno tworzyć się muzykę – bez rezygnowania z klasycznych wpływów, ale patrząc przed siebie.

Niezaprzeczalna jakość longplaya nie jest dla mnie zaskoczeniem, biorąc pod uwagę niezwykle udane albumy „Battle Scars” oraz, odrobinę słabszy, ale wciąż trzymający wysoki poziom „Beyond The Realms Of Euphoria”. Jednak zmiany w samym zespole jak i długi czas oczekiwania na kolejny premierowy, studyjny materiał mogły wzbudzać pewien niepokój. Wątpliwości narastały bardziej zresztą ze względu na długą przerwę rozdzielającą obie płyty niż zmiany personalne. Na „Seas of Change” mamy bowiem do czynienia bardziej ze spotkaniem po latach niż nawiązywaniem nowych znajomości. Do składu powrócił, stary dobry znajomy, Lee Abraham, który odcisnął znaczące piętno na nowej muzyce (już po nagraniu płyty odszedł Tim Ashton a jego miejsce zajął Mark Spencer). Jego gitary dopełniają przekaz Nicholsona w sposób fenomenalny, budując wyraziste tło dla wokalisty i wyraźnych, ale wcale nie dominujących w miksie klawiszy. Ambientowe, wyciszone fragmenty mieszają się z potężnymi uderzeniami, kąśliwe konstatacje Nicholsona z pięknem zaaranżowanej muzyki. Przestrzeń i nostalgia z fragmentami zdominowanymi przez przesterowaną gitarę, przywodzącymi na myśl Porcupine Tree z ich bardziej prog-metalowych dokonań – kierunku, z którego i Galahad nie raz w przeszłości korzystał. „Seas of Change” ma coś z radiowego słuchowiska, teatru, co w sposób perfekcyjny wzmacnia uwagę słuchacza stanowiąc świetne interludia pomiędzy poszczególnymi, odmiennymi melodycznie częściami kompozycji.
„Seas of Change” jest wiec bez wątpienia politycznie zaangażowanym, jasno ukierunkowanym materiałem, ale równocześnie płytą nie kpiącą z inteligencji słuchaczy. Muzycy Galahad nie korzystają z wyświechtanych „zdań-kluczy” chociaż, moim zdaniem, jasno prezentują swój, dość krytyczny, ogląd na kierunek rozwoju społeczno-politycznego ojczyzny muzyków. Nie rezygnują jednak z dobrych melodii i kompozycji na rzecz przyziemnych konstatacji. Wyrażają jedynie niepokój i niezadowolenie nieobce, jak się wydaje, wielu spośród Brytyjczyków. Niewątpliwie jest to płyta godna zainteresowania, prosząca się wręcz o świadomy, zaangażowany odsłuch.
Kuba Kozłowski, Ocena: 4+
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 61, odwiedzin dzisiaj: 1)