Born Again jest albumem z którego najłatwiej jest się pośmiać siedząc przy piwku z kolegami, robiąc mądre miny znawców. No bo przecież utwory nieudane, Ward w stanie przypominającym psychicznie stłamszoną tchórzofretkę, Ian Gillan robiący sobie nieustannie jaja z poważnego wizerunku Black Sabbath.  Na dokładkę zagubiony Butler, który od samego początku przewidywał  w cudownym birminghamskim akcencie: „Jak to wszystko ma niby zabrzmieć?”

Geezer Butler miał rację. Pytanie o to, w jaki sposób będzie brzmiało karkołomne połączenie Deep Purple i Black Sabbath było niezwykle zasadne, nawet jeżeli na chwilę pominiemy fakt, że płyta „Born Again” wcale nie miała zwiastować „ponownych narodzin” Black Sabbath.  Początkowo miał to być jedynie poboczny projekt kilku uznanych muzyków, którzy akurat znaleźli trochę wolnego czasu. Gdy Tony Iommi, Gezzer Butler i Ian Gillan spotkali się w pubie The Bear w Oxford (w połowie drogi między swoimi rezydencjami – prawda, że ciekawy przejaw megalomanii?) nie było mowy o „reaktywacji” osieroconego przez Dio i Appice’a Black Sabbath. Na to nie zgodziłby się Ian Gillan, dla którego ciężkie skóry, odwrócone krzyże i poważne miny muzyków BS wydawały się cechami z których można się co najwyżej radośnie nabijać, ale na pewno nie przyjąć za swoje. Gillan należał do hedonistycznie nastawionych do życia hard rockowców lubiących otwarcie używać uroków życia, grać dobrą, stylistycznie nieoczywistą muzykę, i pławić się w oparach sławy i wzniosłości, jakie nieustannie towarzyszyły dokonaniom Deep Purple. Gillan tworzył muzykę dla rockowej inteligencji, elity. Nie to co, ci zabawni robole z Black Sabbath. Za coś trzeba jednak żyć. Stąd pomysł na wspólny album.

Dlaczego więc zamiast pobocznego, finansowo korzystnego i niezobowiązującego albumu nagranego w momencie, w którym obie macierzyste formacje popadły w letarg, otrzymaliśmy jedenasty album Sabbatów? Dlatego, że  Don Arden nie zamierzał pytać zespołu o zdanie. Toczyła się w końcu wojna. Co gorsza, wojna domowa, a więc cechująca się jeszcze większą bezwzględnością. Sharon Arden odeszła i zabrała ze sobą zapijaczonego, naćpanego, grubego i wyzbytego pewności siebie Johna Osbournea. Na nieszczęście Dona, zrobiła z niego gwiazdę. Tego Arden – który już dawno postawił krzyżyk na, jego zdaniem, lekko przygłupim frontmanie, nadającym się bardziej do wypasu owiec niż przewodzeniu Największemu Zespołowi Świata – znieść nie mógł.  Sharon zbyt dosadnie udowodniła mu, że nie miał racji w swojej ocenie sytuacji. Popełnił pierwszy błąd.

Black Sabbath z kolei wbrew jego woli zatrudnili „karła” z USA, Ronniego Jamesa Dio, który nie mógł, jak ponownie przewidywał Arden, postawić rozlatującej się formacji na nogi. Tym razem błąd managerowi udowodnił Tony Iommi, który optował za zatrudnieniem genialnego wokalisty i przyszłego koronowanego „boga metalu”.

Gdy jednak Dio i perkusista Appice odeszli a kariera Osbournea wciąż zdobywała coraz to nowe szczyty rockowego panteonu, Arden nadal nie zamierzał pytać nikogo o zdanie. Sprawa była osobista. Ani Iommi, ani tym bardziej Ward nie mogli przeszkodzić jego planom stworzenia z podupadłej legendy Black Sabbath ponownie największego, najwspanialszego i najbardziej emocjonującego zespołu świata. Arden był w stanie przeznaczyć na to duże pieniądze, wykorzystać swoje wpływy i chwycić za gardło każdego, kto mógłby zgłaszać jakieś obiekcje. Zastraszyć bądź przekupić – ot, prosta dewiza managera. Niestety, wielkie plany spaliły na panewce, bo chociaż powstała płyta intrygująca i ciekawa stylistycznie, to prezentująca muzykę, która w żaden sposób nie mogła nawiązać do najwspanialszych dokonań BS (a takiej w tym momencie trzeba było zespołowi). Born Again nie miała pop-rockowej siły przebicia, którą opanował do perfekcji zespół muzyków związanych z Osbournem.  Ba, z planów hegemoni i dominacji wyszedł wypisz – wymaluj scenariusz filmu Spinal Tap.

Wracając jednak do początku. Ian Gillan nie traktował Iommiego poważnie – był to dobry koleżka do porządnego napicia się w barze (któż ma mocniejszą głowę od birminghamskiej klasy pracującej?), kumpel lubiący porządną zabawę i niezgorsze używki. Tyle, że trudno było wygadanemu i obytemu w świecie Gillanowi dojść do partnerskiego porozumienia Iommim i Butlerem, którzy zdawali się nadawać na zupełnie innych falach. Nie byli głupi – bynajmniej. Oboje prezentowali bardzo przyziemną ale przenikliwą inteligencję. Nie mieli jednak szerokich horyzontów. Nie potrafiliby zachwycać się kolejnymi klasycyzującymi motywami wplatanymi w utwory przez Jona Lorda, nie docenialiby kunsztu Rogera Glovera czy skomplikowanej aranżacji charakterystycznej dla, chociażby „In Rock”. Na pewno nie wybraliby się dobrowolnie na koncert Zappy i, o zgrozo, śpiewali o pierdołach. Naprawdę. Pierdołach pokroju Szatana, demonów, zjaw i tak dalej.

A jednak Ian poza piciem lubił również pieniądze. A współudział w projekcie z Butlerem i Iommim pieniążki na pewno mógł przynieść. Nawet informacja, że dziwnym trafem nowy album ukaże się pod szyldem Black Sabbath nie zmroził Gillana. Nie oszukujmy się – informacja, że album powstanie jako płyta BS a nie projekt poboczny musiała powracać w rozmowach między muzykami a wokalistą. Nic nie mogłoby się stać bez jego zgody a podpisy Iana widniały pod dokumentami w których prawnicy zadbali o interesy obu stron. Podpisy te złożono na długo po wizycie Gillana i Iommiego w pubie w Oxford. Na długo po tym, jak oboje odzyskali umiejętność jasnego myślenia.

Innym przejawem Wielkiej Wojny między Sharon a Donem było również sprowadzenie biednego, zmaltretowanego, wyniszczonego i niezmordowanie walczącego o zdrowie Billa Warda. Dla Dona nie miało znaczenia, w jakim psychicznym i fizycznym stanie znajdował się do niedawna perkusista. Nie interesowało go, że nagrywanie nowej płyty z Black Sabbath przywoływało po raz kolejny demony alkoholizmu, z którego Ward dopiero co się wyrwał. Finanse Warda nie były z gumy, zdrowie i detoks nie były za darmo, a oferta Dona nie mogła spotkać się z odmową. Wielka Wojna toczona w celu odbudowy Największego Zespołu Świata wkraczała na nowy poziom. Don odzyskał trzy czwarte oryginalnego składu, Don zaangażował jednego z najlepszych wokalistów na rynku, Don ukradł nawet grafika tworzącego dotychczas dla Ozzego – Steve’a Krushera Joule’a.

Trzeba było jednak jeszcze czegoś – muzyki. No i tu właśnie za prorocze uznać należy słowa Geezera Butlera, z niepokojem zastanawiającego się jak to wszystko zabrzmi. A zabrzmiało intrygująco, niepokojąco, dziwnie, odpychająco a równocześnie w sposób, który przyciąga i zmusza do kolejnych odsłuchów. Mówiąc jednak wprost zabrzmiało dokładnie tak, jak nie powinna brzmieć płyta zwiastująca wielki powrót Największego Zespołu Świata. Album Born Again okazał się zaskakującym potworkiem, dziełem godnym kultu. Albumem, który nigdy i to w żadnym wymiarze egzystencji nie mógłby liczyć na uznanie ogółu. Czyli Don Arden poniósł porażkę.

Do legendy przeszły zresztą sesje nagrywania płyty w, zamienionej na wspaniałe studio, posiadłości Richarda Bransona. Pisano już niejeden raz  o tym jak to gnębiono kruchego psychicznie Warda (w sposób zupełnie bezrefleksyjny – nie dziwota, że po tych doświadczeniach zrezygnował następnie z uczestnictwa w trasie koncertowej), jak Gillan infantylnie i bez sensu izolował się od reszty muzyków (rozbił wielki namiot PRZED posiadłością mającą kilkadziesiąt pokoi), jak niektóre z rozrywek mogły przy mniejszej dozie szczęścia zakończyć się śmiercią wokalisty (chociażby pijacki wyścig wokół posiadłości samochodem Warda za którego kierownicą siedział Gillan – bezpośrednia inspiracja dla utworu „Trashed”). Dodać do tego należy godne skeczu Monty Pythona negocjacje zespołu z lokalnym księdzem, jak tu dostosować grafik prób chóru z próbami zespołu (inspiracja dla „Disturbing the Priest”). Warto również przypomnieć organizacyjną klęskę – wybudowanie scenografii koncertowej zawierającej kopię Stonehenge, której rozmiary przekraczały rozmiar oryginalnych kamieni! (ktoś pomylił stopy z metrami).

Druga porażka Ardena przyszła jednak z innej strony. Steve Krusher Joule, projektant okładek Ozzego zdecydował się zaakceptować propozycję Dona na przygotowanie okładki albumu, ale uczynił to wyłącznie w celu zgarnięcia procentu od finalnej kwoty, którą miał obiecaną gdyby jego praca została odrzucona. Nie chciał wdawać się w przepychanki miedzy Sharon (dla której pracował) a Donem (którego chyba trochę się bał) postanowił więc wybrnąć z sytuacji dostarczając najgorsze, najbardziej banalne i pozbawione gustu dzieło jakie mogło wyjść spod jego rąk. Ta właśnie praca zdobi front płyty Born Again. Sam Joule twierdzi, że jego amatorska, bałamutna i pozbawiona wyczucia kolorów praca spodobała się Iommiemu i Butlerowi – ten maił powiedzieć, w charakterystyczny dla siebie sposób – że: „jest to gówno, ale wspaniałe gówno”. Wydaje się jednak, że nie był to argument decydujący. Nie na tym etapie kariery Sabbathów i nie przy tym zaangażowaniu Ardena. Zadecydowało, jak przypuszczam, jedynie nazwisko Krushera, które widniało również na kilku albumach solowych Ozzy’ego. Przekaz miał być jasny: Sharon nie potrafi utrzymać przy sobie  nawet bliskich współpracowników. Upartość Ardena zadecydowała o tym, że jedna z bardziej intrygujących płyt Black Sabbath została opatrzona jedną z najgorszych, absolutnie najgorszych okładek w całej historii metalu.

Trzecią porażką Ardena był fakt, że stymulowane przez niego Black Sabbath, tworzone wedle jego osobistego wzoru – Black Sabbath na funkcjonowanie którego nie szczędzono pieniędzy i zaangażowania, wydało na świat tylko jeden album, który, pomimo swojej wyjątkowości, w najmniejszy sposób nie wpłynął na kształt dalszych losów zespołu. Ian Gillan po trasie powrócił do Deep Purple nagrywając „Perfect Strangers” –  jeden z najwspanialszych albumów rocka, Ward ponownie zaszył się w swojej kryjówce, Butler popadł w kryzys psychiczny a Iommi zmuszony został do nagrania swojej solowej płyty ponownie pod szyldem Black Sabbath. W tym samym czasie Ozzy nagrywał „Bark At The Moon” trzykrotnie pokryty platyną. Gdy zaś Iommi zachodził w głowę, jak to się stało, że najnowsza płyta nosi nazwę „Black Sabbath featuring Iommi” Ozzy cieszył się 6 miejscem na liście Billboardu dzięki sukcesowi „The Ultimate Sin”.

Born Again okazała się więc totalną porażką. Ale tylko patrząc z punktu widzenia Ardena. Gdyby spojrzeć na ten album oczami fana musimy przyznać, że Black Sabbath podjęło odważny krok. I wykonało go pewnie i ze znawstwem. Sabbaci z Gillanem nie starali się nawiązywać do ery Dio. Nie próbowali odtworzyć klimatu towarzyszącego płytom nagranym z Ozzym. Stworzyli za to coś zupełnie nowego pod względem nastroju. Nadal mamy tu do czynienia ze świetnymi riffami Iommiego (chociaż czasami bardziej zdehumanizowanymi niż wcześniej) ale rozwój formacji przyrównałbym do podgatunków z kategorii horrorów. O ile za Ozzego mieliśmy do czynienia z klimatycznymi dreszczowcami a za Dio z przepełnionymi akcją survival horrorami to Gillan wraz z Black Sabbath stworzył dziwaczne, niepokojące ale przyciągające swoją innością kino gore. Pełne nieziemskich krzyków, wymyślnych tortur i zdeformowanych postaci. Być może wpływają na mnie bezsensowne teledyski towarzyszące utworom z tego albumu, ale jestem w stanie dać sobie uciąć paznokcie, że nawet bez ich znajomości obcowanie z albumem zakończy się dla słuchacza szczerym niepokojem. „Born Again” to jak eksperyment genetyka, który postanowił połączyć kod dwóch formacji, które oddzielnie dominowały w swoich niszach, aby otrzymać twór nie dający się w żaden sposób sklasyfikować. Patrząc jednak na pokraczne oblicze albumu „Born Again” dostrzegamy jednak te cechy, za które pokochaliśmy Black Sabbath (utwór tytułowy, preludia „Stonehenge” czy „The Dark”, początek „Zero The Hero” czy „Disturbing the Priest”) oraz Deep Purple („Hot Line”, „Digital Bitch”, „Keep It Worm”).

Bez wątpienia w roku 1983 powstała płyta, która w żadnym stopniu nie spełniła pokładanych w niej nadziei ale taka, do której z przyjemnością można wracać po latach. Born Again z Ianem Gillanem za mikrofonem to nie był skład, który mógł dobrze rokować na przyszłość. On wypadł doskonale już na pierwszej płycie, którą przygotował. Inna sprawa, że była to płyta zupełnie nie pasująca do ówczesnych oczekiwań decydentów. Tylko czy powinno to obchodzić nas, fanów?

 

Kuba Kozłowski, Ocena: 5 –
1- poniżej wszelkiej krytyki
2- cudem się prześlizgnął
3- przeciętnie, ale w normie
4- synu, jesteśmy dumni
5- gratuluje prymusie!
6- blisko absolutu

(Łącznie odwiedzin: 822, odwiedzin dzisiaj: 1)