Przedstawiam wywiad z liderem Marillion. A właściwie dwa wywiady… Odbyłem bowiem dwie rozmowy. Jedną ponad sześć miesięcy przed premierą albumu FEAR kontaktując się bezpośrednio z zespołem (bardzo pomogła mi „wszechwładna” w obozie Marillion Lucy Jordache) a następnie, dzięki propozycji Mystic Production mogłem porozmawiać przez telefon ze Stevem już po ukazaniu się świetnej, najnowszej płyty. I jaki jest Hogarth? Cóż… to prawdziwy Brytyjczyk – zabawny, ale wycofany. Uprzejmy, ale niewylewny. Chętnie odpowiada na pytania, ale jeżeli jakieś mu się nie spodoba, to da to po sobie poznać. Mam jednak nadzieję, że udało mi się poprowadzić obie rozmowy w interesujący sposób. Na początek proszę poczytać wywiad sprzed wydania FEAR. Kolejny już wkrótce.

JK: Dzięki, że zgodziłeś się na ten wywiad pomimo faktu, że jesteś obecnie dosyć zajętym człowiekiem przygotowując nowy album Marillion.

H: Tak, to prawda- jesteśmy odrobinę zajęci.

JK: Czy mógłbyś powiedzieć polskim fanom, kiedy mniej więcej możemy się go spodziewać? A może znasz już dokładną datę wydania?

H: Cały czas nad albumem pracujemy, chociaż jesteśmy odrywani od studia. Musimy wypełniać zobowiązania na które wcześniej przystaliśmy. I tak na przykład za kilka tygodni będziemy brali udział w „Yes. Cruise To The Edge” co powoduje, że musimy przeprowadzać próby pod kontem tego konkretnego wydarzenia w tym samym czasie, w którym pracujemy nad płytą. Ale myślę (chwila zastanowienia –JK.), myślę, że nowy materiał będzie gotowy  latem 2016 roku . Chociaż trudno jest w tym momencie wskazać konkretny miesiąc. Muszę również powiedzieć, że nie pamiętam aby przy nagrywaniu któregoś z poprzednich albumów wszyscy członkowie Marillion byliby tak przepełnieni entuzjazmem.

JK: Czyli fani muszą jeszcze uzbroić się w cierpliwość.

H: Niestety, obawiam się że tak. Wiesz, my pracujemy dosyć wolno, a nagrywanie albumu wymaga wielkiego skupienia i dokładności. A czas ma nieprzyjemny zwyczaj przepływania między palcami…

JK:   Będziemy mieli do czynienia z albumem koncepcyjnym, jak np. w przypadku „Brave” czy ze zbiorem luźno powiązanych utworów?

H: Patrząc na kierunek artystyczny w którym zmierzamy na tym dość wczesnym etapie prac wydaje mi się, że album może rozwinąć się jeszcze w każdą możliwą stronę. Znajdzie się na nim jednak utwory poświęcone przeróżnym, niekoniecznie związanym ze sobą sprawom. Na razie dominują te, które odnoszą się w jakiś sposób do obecnej sytuacji na świecie. Do przemożnego uczucia, że znajdujemy się właśnie na granicy zupełnej przemiany. Przynajmniej nasze życie tu, w Anglii może się w najbliższym czasie zmienić. Być może również na świecie. Związane to jest z faktem, że znaleźliśmy się w punkcie zwrotnym jeżeli chodzi o technologię oraz życie polityczne.

JK: Z tego co mówisz wynika, że kilka utworów już ukończyliście? 

H: Wszystko co mamy, można określić jako „praca w toku”. Wiele z moich tekstów jest już niemal gotowych ale ciągle nie mogę powiedzieć ile z nich zostanie ostatecznie wykorzystanych. Do pewnego stopnia jest to zależne od struktury poszczególnych utworów oraz sposobu w jaki zostaną one zaaranżowane.

JK: Marillion ma jednych z najwierniejszych fanów spośród niemal wszystkich wciąż aktywnych zespołów. W jaki sposób zdołaliście wytworzyć taką silną więź między zespołem a odbiorcami waszej muzyki?

H: Szczerze mówiąc nie wiem w jaki sposób się to udało. Myślę, że musi to oczywiście być odbiciem samej muzyki, odpowiedniej chemii między członkami Marillion, faktu, że zespół tworzy konkretną, emocjonalną muzykę, a ja jestem autorem emocjonalnych tekstów. Myślę więc, że kiedy znajdujemy się w najwyższej formie, wszystkie te elementy wchodzą ze sobą w bliską relację.

JK: Uważasz, że emocje i nostalgia w utworach odgrywa tu dużą rolę?

H:  Tak, odgrywają, o ile emocje w wykonaniu utworów i w samych utworach zgadzają się z pozostałymi elementami o których wspominałem. W przypadku Marillion emocje są czymś  prawdziwym. W naszej muzyce emocje są szczere- nie są jedynie czymś, co zostało napisane i zaaranżowane po to, by tworzyć w zgodzie z etosem rocka. Jest wiele muzyków, którzy piszą bo chcą być cool, dobrze zarabiać i nagrywać  dobrze sprzedające się albumy. Ja też tego kiedyś chciałem. Dawno, dawno temu. Obecnie zespół wzniósł się ponad takie przyziemne motywacje, co powoduje że w naszej muzyce dajemy wyraz prawdziwym emocjom czy problemom. I myślę, że nasza twórczość to odzwierciedla. Wiem również, że wszyscy członkowie Marillion są po prostu szczerymi, przepełnionymi prawdą osobami, które twardo stąpają po ziemi. Rezonuje to na muzykę, której część ludzi nie rozumie, inna część nie jest w stanie znieść a kolejna przyjmuje ją w całości, odnajdując w niej coś dla siebie. Ci ludzie nie postrzegają naszej twórczości wyłącznie jako dekoracji, która ma im zapewnić rozrywkę. Chcą aby muzyka Marillion towarzyszyła im trakcie ich własnej życiowej podróży. Wydaje mi się, że pasja naszych słuchaczy bierze się z poczucia, że jeżeli polubiłeś Marillion to odnalazłeś dla siebie coś specjalnego. Bo wiesz, jesteśmy całkiem słynnym ale równocześnie raczej kultowym (Hogarth używa tu słowa „kultowy” w rozumieniu cieszący się renomą wśród ograniczonej liczby osób- przyp. JK) zespołem. Można nas właściwie określić jako największy na świecie zespół kultowy. Wiem, że zostaliśmy wepchnięci w obręb rocka progresywnego, ale bynajmniej się tym nie kierujemy w trakcie pisania. Rock progresywny jest etykietą, którą nam narzucono a nie odzwierciedleniem naszych własnych poszukiwań. Nasza muzyka może być czymkolwiek. Nie ograniczamy się. Chcemy jednak pozostać szczerymi.

JK: Wspomniałeś, że nie jesteś zwolennikiem nazywania Marillion zespołem progresywnym. Zaskoczyło mnie to, gdyż zawsze uważałem „rock progresywny” za gatunek muzyki dający zespołowi największą wolność. Składa się z tak wielu podgatunków, że artysta może cieszyć się pełną stylistyczną swobodą tworząc w jego obrębie. Jesteś jednak niechętny takiemu określeniu dla muzyki Marillion?

H: No cóż, nie jestem niechętny temu, aby nas nazywać zespołem progresywnym. Jestem za to przeciwny, aby uznawać, że Marillion to wyłącznie ta stylistyka muzyki. Jest tyle różnych obliczy naszej twórczości i tyle warstw tego, co nas inspiruje. Wiesz, można wskazać na przykład The Beatles jako zespół mający przemożny wpływ na to, czym jest dzisiaj Marillion. Gdy słuchasz drugiej strony „Abbey Road” możesz dojść do przekonania, że właśnie wtedy powstał „prog”. Beatlesi wybrali się w konceptualną podróż, której rozwinięcie wykraczało poza utarte trzyminutowe piosenki. I działo się to, jak myślę, zanim ktokolwiek inny to zrobił. Tak więc ironia tkwi w fakcie, że o ile niemal wszyscy postrzegają The Beatles jako zespół popowy, to oni właśnie wymyślili progresyw. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie czegokolwiek, co można by określić mianem rocka progresywnego zanim nie wydano „Abbey Road”. Marillion jest zespołem popowym, zespołem rockowym, wkraczaliśmy na terytorium gospel, dub reggae, koniuszkami palców dotykaliśmy stylistyki jazzu, korzystaliśmy z wpływów bluesa. Łączyliśmy te wszystkie wpływy niemal w tym samym czasie i jeżeli to czyni nas zespołem progresywnym – to wspaniale (Hogarth mówi to z lekką ironią- przyp. JK). Tyle, że nie potrzebujemy przypinania nam łatki „progresyw” aby móc robić cokolwiek chcemy z naszą muzyką. Ta wolność jest nam przypisana bez konieczności szufladkowania naszej twórczości. Uważamy ją za nasze święte prawo i wielki przywilej, wynikający z oddania naszych fanów, którzy wierzą w zespół, choć nie wiedzą co może przynieść kolejna płyta. Wiesz, nawet ja nie mam pojęcia jaki kształt album ostatecznie przybierze. Jeżeli chcesz przypiąć nam jakąś stylistyczną łatkę to proszę bardzo ale na nas  jako zespół nie wpływa to zupełnie.

JK:  Właśnie element nieprzewidywalności powoduje, że okres poprzedzający opublikowanie przez Marillion kolejnej płyty jest tak fascynujący. Czyli bez przypinania łatek lepiej określać waszą twórczość po prostu jako „muzyka Marillion”

H: Takie rozwiązanie byłoby zapewne bezpieczniejsze, chociaż nazywanie naszej muzyki „muzyką Marillion” w żaden sposób nie pomogłoby w jej opisie, prawda? Przeszliśmy olbrzymią drogę miedzy publikacją naszych poprzednich albumów. Uciekaliśmy w tak różne stylistyki… Gdy jesteśmy w naprawdę dobrej formie nagrywamy muzykę która jest prawdziwa i wolna, starając się cały czas, aby się nie powtarzać. Chociaż nawet i w tak pojętej wolności natrafia się na bariery. Nikt nie może wyjść poza siebie, uciec od własnego charakteru. Nie mogę otworzyć ust i usłyszeć głosu innego niż mój własny. Zawsze będziesz sobą, nawet jeżeli starasz się tego uniknąć. Nie możesz jednak uniknąć własnego odbicia w lustrze.

JK: Wraz z pozostałymi muzykami zespołu doskonale wiecie jak wykorzystać nowoczesną technologię w celu budowania bliskich relacji z fanami. Właściwie wraz z powstaniem internetu od samego początku zaprzęgliście go jako kolejne narzędzie budowania swojej popularności. Jednak wraz z powstaniem serwisów sprzedających muzykę niejako „na części” ludzie zaczęli kupować pojedyncze utwory a nie całe albumy. Coraz mniej osób ma czas lub chęci aby przesłuchać całą płytę. Co to może oznaczać dla Marillion?

H: Mamy obecnie czasy pełne wyzwań a Internet może być dla muzyków obusieczną bronią. Z jednej strony umożliwia on budowanie biznesu w zupełnie inny sposób niż miało to miejsce wcześniej, daje nam wolność i uniezależnia nas od największych wytwórni płytowych. Dzięki Internetowi nie musimy już pracować z tymi ludźmi, albo możemy z nimi współpracować ale z pozycji siły- nie petenta. Z drugiej jednak strony firmy streamingowe płacą artystom naprawdę malutkie pieniądze a ludzie, tak jak mówisz, preferują słuchanie raczej utworów niż całych płyt. Zresztą zaczęło się to już w momencie wypuszczenia na rynek pierwszych Ipodów. Ludzie robią własne kompilacje i słuchają wyrywkowo. W pewnym stopniu uważam, że nie jest to dobry kierunek i szkoda, że taka zmiana zaszła. Ale sam fakt, że serwisy streamingowe istnieją, nie oznacza, że nie możesz słuchać całego albumu jeżeli masz na to ochotę. Jeżeli masowy odbiorca chce otrzymać kompilacje i pojedyncze utwory dostępne za nieduże pieniądze to firmy mu je dostarczą. Takie mody przychodzą i odchodzą więc niewykluczone, że kiedyś odbiorcy znowu wrócą do słuchania całych albumów. Nie możesz obwiniać ludzi za to, że czegoś chcą a czegoś innego nie. Możesz powiedzieć „Szkoda, że ci wszyscy ludzie chcą takie badziewie, którego ja wcale nie chcę” ale wcale nie oznacza to, że oni nie mają racji a ty ją masz. Nikt ci nie zabroni słuchania ze słuchawkami na uszach siedemdziesięciu minut muzyki. Poważniejszym problemem jest to, że współczesna kultura i tryb życia powoduje, że po prostu i tak nie znajdziesz na to odpowiedniej ilości czasu.

JK: Marillion zetknął się z tym problemem już wcześniej, w czasie po wydaniu „Brave”, prawda? Chociaż obecnie album ten uchodzi za klasyczny to poległ na rynku. Również ze względu na swoją długość.

H: Tak. Kiedy nagrywaliśmy „Brave” zadawaliśmy sobie pytanie: „Kto do cholery wysłucha to w całości?” Mało kto może po prostu wyciąć sobie kilkadziesiąt minut z życiorysu i wysłuchać albumu od pierwszego do ostatniego taktu. Współczesne życie jest coraz częściej zbiorem szybko następujących po sobie migawek.

JK: Powiedz mi, czy miałeś jakieś wątpliwości przed przyjęciem zaproszenia Marillion w roku 1989? 

H: W zasadzie to nie chciałem zostać wokalistą Marillion.. Miałem wówczas dosyć całego przemysłu muzycznego. Chciałem się z niego wyzwolić. Ale wtedy dostałem telefon od kogoś z zespołu „The The” i zdecydowałem się nawiązać z nimi współpracę. Grałem na pianinie na jednym z ich albumów (płyta „Infected” z roku 1986- JK.). Po nagraniu płyty Matt zapytał mnie czy nie chciałbym wziąć udziału w trasie koncertowej i grać w zespole na pianinie. Wydawało mi się wówczas, że takie rozwiązanie byłoby dla mnie bardzo korzystne. Mógłbym uciec z „pierwszej linii” i po prostu grać, siedząc gdzieś tam w głębi sceny. Miałem zupełnie dosyć bycia „na świeczniku” . Tak się złożyło, że niedługo później zadzwonił telefon i okazało się, że Marillion słyszał niektóre z moich wcześniejszych utworów i chcieli się ze mną spotkać. Byłem naprawdę niechętny temu spotkaniu, bo śpiewanie dla Marillion było dokładnie tym, czego w życiu robić nie chciałem. Jak już zdecydowałem się z nimi pogadać  zapytałem się „no dobrze, ale czego właściwie ode mnie oczekujecie” odpowiedzieli, żebym robił to co dotychczas  a oni będą robili swoje. Plan był taki, aby po prostu zobaczyć co z tego wyjdzie. Tak więc miało to być po prostu eksperymentem. Nikt nie kazał mi naśladować Fisha. Gdyby tak przedstawili sprawę na pewno bym zrezygnował. Ale oni chcieli jedynie połączyć nasze siły. Stworzyć coś stylistycznie nowego. Taką ofertę bardzo trudno odrzucić.

JK: A w jaki sposób wspominasz te pierwsze miesiące po dołączeniu do zespołu?

H: Nie jest trudno być sobą, a taką możliwość zespół mi zagwarantował. Nagraliśmy Seasons End bardzo szybko i przyjemnie. Czerpaliśmy z nagrywania dużo przyjemności. Na pełnych prawach włączyłem się w prace nad albumem. Moim wkładem w płytę był na przykład utwór „Easter”. W studiu nagraniowym mieszczącym się w pięknej posiadłości mieliśmy basen a gdy się wygrzewałem ludzie przynosili mi kanapki i tosty (śmiech). To była bardzo fajna odmiana. Ale wówczas również zdałem sobie sprawę, że będę musiał grać trasy koncertowe z zespołem i co wieczór stawać przed zatwardziałymi zwolennikami Fisha. Chłopaki z zespołu powtarzały mi „oh nie martw się, będzie super”. Pod ich wpływem przestałem się tym zadręczać, chociaż patrząc wstecz, muszę przyznać, że było to prawdopodobnie odrobinę naiwne. Dopiero kiedy faktycznie rozpoczęliśmy trasę wszystkie wątpliwości i lęki powróciły. Zdałem sobie sprawę, że, no cóż, mam tu prawdziwy problem. Będę musiał przekonać do siebie naprawdę wielu fanów, dla których Fish to Marillion. Jak czas pokazał jakoś udało mi się z tego wybrnąć.

JK: Czytałem, że zanim dołączyłeś do Marillion rozważałeś możliwość zostania mleczarzem. Twoje życie potoczyło się jednak zupełnie inaczej.

H: Wiesz, byłem w kilku zespołach które miały podpisane kontrakty z dużymi wytwórniami na rynku. Byłem pod presją aby nagrywać albumy, które okażą się komercyjnym sukcesem. Napisałem kilka piosenek, które moim zdaniem powinny się spodobać, ale przepadły na rynku. Nagle okazało się, że presja samego bycia częścią przemysłu muzycznego stała się czymś, czego nie mogłem już znieść. Nie chciałem już być muzykiem, nie chciałem komponować. Chciałem za to prowadzić spokojne, szczęśliwe życie. Miałem wówczas dwójkę małych dzieci i chciałem spokojnie patrzeć jak dorastają. Myślałem sobie, że trzeba zejść na ziemię i zacząć parać się jakimś „prawdziwym” zawodem. Zadałem sobie wówczas pytanie, kto zawsze wygląda na szczęśliwego? Rzeźnicy wyglądają na zadowolonych- pomyślałem. Listonosze wyglądają na całkiem zadowolonych. Mleczarze podobnie. No i postanowiłem sprzedać dom, przenieść się do niedużej chatki gdzieś na wsi i zostać mleczarzem. Będę rozwoził mleko rankiem- myślałem, kończył pracę do obiadu a potem zajmował się ogrodem i doglądał dzieci. Wiesz, będę robił „prawdziwe” rzeczy. Taki miałem plan życiowy (śmiech). No i gdy zacząłem się rozglądać za odpowiednim miejscem, zadzwonili z The The. A potem zadzwonił Marillion no i z mleczarza nici. Ale prawie nim zostałem.

JK: Marillion ma to szczęście, że wasi fani są niezmiernie oddani zespołowi. Ta wiara w wasze możliwości umożliwiła wam przeprowadzenie kampanii pre-orderowych. 

H: Oddanie fanów spowodowało, że to właściwie oni sami wskazali nam, że takie kampanie są możliwe. To nasi słuchacze chcieli uzyskać możliwość wcześniejszego zamówienia albumu. Potrafili nawet płacić za trasy, których jeszcze nie zdążyliśmy zarezerwować. Jako że działo się to wszystko w połowie lat dziewięćdziesiątych, w czasach kiedy Internet zapewniał już potrzebną do tego celu technologię stwierdziliśmy, że skoro mamy możliwości techniczne oraz wolę, aby taki projekt wcielić w życie to należy skorzystać z szansy stania się niejako „jednością” z naszymi fanami. Jesteśmy jak rodzina. Dzięki temu mogliśmy odejść od podziału typu „hej, my jesteśmy zespołem rockowym, a wy naszymi fanami”. Marillion stał się czymś, co bardziej przypomina ruch społeczny, czymś bardziej uduchowionym niż jest to możliwe w relacji zespół- fani. Wszystko to przybrało kształt bardziej międzyosobowy, oparty na wzajemnym wspieraniu się.

JK: A czy widzisz jakieś różnice między Polskimi fanami zespołu a fanami z zachodu europy? Pytam, bo zawsze było dla mnie zastanawiające, że zespoły przyjeżdżające do Polski często podkreślają taką różnice. Przypuszczam, że to odrobinę naiwna kurtuazja.  

H: Na pewno jest pasja i entuzjazm wśród polskich fanów, ale w przypadku Marillion podobne odczucia fanów możemy obserwować wszędzie. Wiesz, pewnie entuzjazm fanów w Montrealu można porównać to entuzjazmu fanów w Krakowie czy Warszawie, Amsterdamie bądź Rotterdamie. Z takimi intensywnymi odczuciami fanów spotykamy się wszędzie tam gdzie się udamy. Co nie oznacza że w każdym kraju sprzedajemy taką samą liczbę biletów. Są kraje w których nasz występ się wyprzedaje a są takie, w których trudno nam to osiągnąć. Jednak każdy, kto przyjdzie na koncert przeżywa naszą muzykę. Stojąc na scenie zdarza mi się dostrzegać płaczących dorosłych facetów. Nie każdy zespół wywołuje takie uczucia. Nie mogę jakoś specjalnie wyróżnić polskich fanów, chociaż uważam polaków za ludzi bardzo uduchowionych i zawsze byli dla nas bardzo uprzejmi, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Być może nie dostrzegamy jakiejś specyficznej cechy polskich fanów z tego powodu, że gramy u was koncerty rzadziej niż w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, gdzie jest nam po prostu wygodniej zorganizować trasę. Ale zawsze wspaniale jest was odwiedzić, grać czy po prostu pogadać.

JK: Nadal można z wami po koncercie normalnie porozmawiać? Musi to stanowić jeden z elementów  budujących bliską relację między Marillion a fanami, o której rozmawialiśmy wcześniej. 

H: Mamy dużo szczęścia bo nasi fani, właściwie na całym świecie, są w zdecydowanej większości przemiłymi ludźmi. Dlatego nie mamy nic przeciwko posiedzeniu w barze czy pubie i napicia się z naszymi zwolennikami. Nie mamy najmniejszej potrzeby trzymania ich na dystans.

JK: A miałeś może okazję zobaczyć albo posłuchać polskie zespoły progresywne takie jak Riverside albo Collage? Pytam, bo stają się oni, szczególnie Riverside, coraz bardziej popularni na zachodzie Europy.

H: O, naprawdę? Nigdy o nich nie słyszałem, ale wynika to pewnie z faktu, że generalnie nie słucham muzyki progresywnej. Nie słucham żadnych progresywnych zespołów. Kiedy miałem 17 lat słuchałem Yes i Genesis no ale było to już dosyć dawno. Obecnie trudno mi znaleźć czas na słuchanie czegokolwiek. Kupiłem bilet na koncert Massive Attack, który ma się odbyć w styczniu 2016 i jest to jedyny bilet jaki kupiłem od dawna (śmiech) ale w poprzednim tygodniu byłem też na występie Davida Gilmoura w Albert Hall.

JK: Ale czasami, w wolnej chwili zapewne włączasz jakąś płytę. Gdybyś miał powiedzmy godzinę, którą mógłbyś poświecić na muzykę- czego byś wówczas słuchał?

H: Dla relaksu włączyłbym pewnie wspomniany Massive Attack czy Crowded House albo Roberta Palmera, Ala Greya. Mówię to w moim imieniu a nie pozostałych członków zespołu (bo ich inspiruje wiele różnej muzyki) ale nie słucham za dużo rocka, nie słucham jazzu. Nie słucham również radia, moja żona za to włącza je rano a jak tylko ja się obudzę to lecę je uciszyć (śmiech).  Nie jestem zbyt osłuchany jak widzisz. Mam przyjaciół ze świata progresywnej muzyki, jak Richard Barbieri czy Steven Wilson i gdybyś to im zadał to pytanie to możesz być pewny, że uświadczyłbyś godzinnego wywodu na temat jakiegoś artysty, którego twórczość aktualnie zgłębiają. W moim przypadku tak jednak nie jest.

JK: Wspomniałeś Stevena Wilsona i Richarda Barbieriego nie mogę więc nie zapytać o Porcupine Tree. Czy ich muzyka do ciebie przemawia? Czy śledzisz ich dokonania?

H: No cóż, lubię ich muzykę ale nie mam za dużo czasu by ich słuchać. Niektóre rzeczy Porcupine Tree podobają mi się bardziej niż inne ale w zasadzie nie nagrali niczego słabego. Znałem ich długo przed tym zanim stali się sławni. Już wtedy chodziłem na ich występy, dziesięć czy piętnaście lat temu, kiedy dopiero zaczynali budować swoją markę. A chodziłem na te koncerty głównie dlatego, że przyjaźnię się z Richardem Barbierim i jestem zakolegowany ze Stevem. Zawsze miło było wpaść przywitać się, powiedzieć „cześć”. Porcupine Tree mają olbrzymi talent będący wynikiem zdolności poszczególnych muzyków. Gavin Harrison jest fantastycznym perkusistą a Richard Barbieri jest po prostu geniuszem. Steven Wilson stanowi za to siłę napędową, niezwykle kreatywną jeżeli mogę dodać. Jest też niezwykle utalentowanym producentem i inżynierem dźwięku- prawdziwym artystą.  Wszyscy oni zasługują na swoją reputację w środowisku. Z Barbierim nagrałem kilka wspólnych albumów i również teraz staram się nagrywać z nim mój solowy album, który tworzę właściwie jedynie w wolnych chwilach od prac z Marillion. A dodatkowo staram się poświęcać czas rodzinie, wiec nie jest lekko (śmiech).

JK: Chciałem również zapytać o Twoją rolę jako autora tekstów. W przeszłości, tak jak na albumie „Brave” cały koncept płyty oparłeś na jednej wzmiance w gazecie odnoszącej się do odnalezienia niemej dziewczyny na moście w Londynie. Na „Sound’s That Can’t Be Made” śpiewasz o dniu z trasy koncertowej (utwór Montreal – przyp. Jakub Kozłowski), a na „Marbles” piękna ballada dotyczy dziewczyny pracującej w centrum obsługi klienta w  jednej z korporacji („Angelina”- JK). Czy masz jakąś specjalną metodę doboru tematów dla swoich tekstów?

H: Nie, nie mam niczego takiego. Zwykle piszę po prostu o wszystkim co mnie porusza albo potrafi wywołać dreszcze. Jeżeli jest to jakaś kwestia prywatna to w następstwie tej inspiracji mogę na przykład napisać piosenkę miłosną. Może to również być jakaś zasłyszana informacja w wiadomościach czy od kolegi, na temat tego, co dzieje się na świecie. Innym razem może to być po prostu delikatne poczucie, że coś się zmienia, coś nadchodzi i wpłynie na nasze życia. Nawet jeżeli jeszcze nie wiesz co to może być. Wówczas staram się właśnie to nieokreślone uczucie zamienić w tekst. Wiesz, nie traktuję siebie jako profesjonalisty w rozumieniu, że narzucam sobie ograniczenia, mówiąc: „ok, mam album do przygotowania muszę więc usiąść i napisać teksty, przygotować tematy które będę poruszał na płycie”. Może powinienem tak działać, ale zawsze zostawiałem sprawę swojemu biegowi z nadzieją, że w końcu coś mnie poruszy, coś co sprawi, że stanę na baczność i powiem: „to jest właśnie to co mnie inspiruje, zasmuca. To jest właśnie to, co sprawia, że jestem szczęśliwy- o tym chcę pisać”. Czasami piszę za to rzeczy śmieszne czy głupawe. Mam sporo tekstów napisanych dla żartu o sprawach przyziemnych i zabawnych, których nigdy nie wykorzystamy w Marillion. Mam na przykład teksty o pająkach (śmiech). Te oczywiście lądują w moim archiwum.

JK: Chciałbym usłyszeć piosenkę Marillion  o pająkach (śmiech). Można więc powiedzieć, że pisanie tekstów jest dla ciebie całkowicie kwestią danej chwili i natchnienia które może, ale nie musi nadejść?

H: Dokładnie, jest to całkowicie kwestia chwili. Niektóre teksty jestem w stanie napisać w przeciągu kilku minut. Gotowe i to rymujące się teksty wypływają wówczas ze mnie jak woda. Wiele lat temu nagraliśmy piosenkę „This Strange Engine” tyczącą się mojej młodości oraz postaci mojego ojca. Tą piosenkę napisałem w ciągu kilku poranków. Budziłem się wcześnie rano, pisałem parę wersów i znowu kładłem się spać. Wersja, którą możesz usłyszeć na płycie nie była prawie wcale zmieniana w stosunku do tej, którą napisałem tymi wczesnymi rankami. Nie zdarza się to jednak często. Pisanie tekstów musi jednak przychodzić naturalnie.

JK: Osobiście miałem wrażenie, że „Sounds that Can’t Be Made” jest jedną z waszych najbardziej nostalgicznych płyt. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

H: Szczerze mówiąc nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. Wiesz, myślę że prawda i szczerość uczuć są ważne w utworach. I jeżeli nostalgię można przyrównać do miejsca, w którym odnajdujesz prawdę to niech tak będzie. Tekst jest wartościowy tak długo, jak piszesz o rzeczach, które mają prawdziwe znaczenie dla ciebie samego. Nie powinno się pisać mając na celu jedynie wywarcia silnego wrażenia na słuchaczu. Niektórzy artyści, doskonałym przykładem jest tu David Bowie, noszą „maski”, przyjmują pewne role. Wówczas są oni w stanie napisać nawet cały album odzwierciedlający uczucia takiej fikcyjnej postaci. Niektórym wychodzi to bardzo dobrze, ale ja nie jestem osobą która by to potrafiła.

JK: Okładki albumów Marillion były zawsze małymi dziełami sztuki. Odstępem od tej reguły był jedynie, moim zdaniem, motyw przedstawiony na płycie „Anoraknophobia”. Czy mógłbyś mi powiedzieć, czyim pomysłem było umieszczenia na okładce tego śmiesznego ludzika?

H: Przeglądaliśmy różne pomysły agencji której zleciliśmy okładkę. Jedyne co jej dostarczyliśmy to tytuł płyty. Jedną z przedstawionych nam wersji był ten mały facecik w kurtce i z wieszakiem w ręce. Muszę przyznać, że sprawa okładki zamieniła się w straszne zamieszanie. Artysta pokazał nam ten projekt pytając, czy ma przygotować coś w tym stylu. Odparliśmy, że nie chcemy niczego w „tym stylu”. Powiedzieliśmy, że chcemy dokładnie ten projekt, który nam pokazuje. Podobało nam się, że trzyma wieszak bo wyglądał jakby ten mały człowieczek był do czegoś przyczepiony. Podobała nam się również jego twarz- wyglądał jak mysz, czy coś podobnego. Zakochaliśmy się w nim bez pamięci i nazwaliśmy go Barry. Problemem było jednak, jak dowiedzieliśmy się później, że firma już wcześniej sprzedała ten projekt komuś innemu. Nam pokazali go tylko w celach poglądowych. Nasz Barry miał bowiem reprezentować postać złodzieja samochodów i stanowić element kampanii reklamowej jakiegoś producenta alarmów samochodowych. Problem w tym, że zamiast nam powiedzieć, że nie ma możliwości abyśmy kupili od nich ten projekt, cały czas powtarzali: „ok, nie ma problemu” wodząc nas za nos przez dłuższy czas. Ciągle przedstawiali nam inne wersje Barrego. Pytali się, czy może tak będzie lepiej albo „może zmieńmy to i to” a my nie chcieliśmy żadnych zmian. No i na koniec zostali pozwani przez producenta, który wcześniej kupił od nich ten projekt. Kłamstwo ma krótkie nogi a ich kosztowało ono całkiem sporo pieniędzy. Wracając do Twojego pytania: wydawało nam się po prostu, że ten mały człowieczek pasuje idealnie do albumu i jest całkiem zabawny. Poza tym nigdy wcześniej nie zrobiliśmy niczego podobnego. Trudno wyobrazić sobie coś, co mogłoby bardziej oddalać się od prac Marka Wilkinsona, które zespół wykorzystywał na początku kariery.

JK: Wspomniałeś, że przed dołączeniem do Marillion postrzegałeś negatywnie biznes muzyczny. Czy coś się zmieniło w tej kwestii? Czy wiele lat kariery jedynie umocniły twój negatywny stosunek do niego? 

H: Biznes muzyczny jest bezwzględny w stosunku do artysty. Nasz zespół miał naprawdę niezwykłe szczęście, że zdołał uciec z jego sideł. Bo w pewnym sensie Marillion wcale nie jest jego częścią. Można raczej powiedzieć, że jesteśmy w naszym własnym biznesie muzycznym. Mając własny biznes możesz kształtować go w najbardziej odpowiadającym ci kierunku. Przebywając wśród gigantów na muzycznym rynku wydawniczym stajesz się środkiem do celu jakim są wielkie pieniądze. W Marillion wszyscy jesteśmy, jak myślę, całkiem mądrymi ludźmi z bogatym doświadczeniem bussinesowym, ale dla nas pieniące są jedynie środkiem do osiągnięcia czegoś. Nie celem samym w sobie.  W Marillion sami siebie reprezentujemy, decydujemy co i kiedy chcemy robić. Nadal oczywiście odczuwamy presję, ale jest to presja, którą sami kładziemy sobie na barki.

JK: A czy EMI wywierał na was presję pod kątem artystycznym? Czy narzucał wam jakieś rozwiązania, których nie chcieliście przyjąć?

H: Oczywiście próbowali. Sposób w jaki to działa opiera się przede wszystkim  na wywieraniu nacisku na producenta. To jemu szeptają do uszka, co chcieliby uzyskać od zespołu. Nie idą z tym do muzyków bo ci kazaliby im się odpierdolić. Ale poprzez producenta starają się wymóc bardziej radio-przyjazną produkcję, nagrywanie popowych przebojów licząc, że to on pokieruje muzykami. Z EMI do pewnego stopnia było podobnie. Ale powiodło im się w bardzo różnym stopniu. Bo widzisz, inną zupełnie sprawą jest, czy ludzie pracujący w wytwórni są wystarczająco inteligentni aby sensownie wywierać naciski.

JK: Czy wpływ wytwórni zadecydował, że po „Holidays In Eden”, które pomimo bardziej popowego brzmienia nie okazało się sukcesem poszliście na kolejnym albumie w zupełnie inną artystycznie stronę?

H: Tak, ale osiągnęli zupełnie co innego niż się spodziewali. Po „Holidays In Eden” ludzie w EMI zadecydowali, że powinniśmy natychmiast nagrać płytę, która brzmiała by bardzo spontanicznie i żywo. Miała mieć niemal garażową produkcję. Plan EMI był taki, aby płyta była tania, szybka i bardzo surowa. W tym celu sprowadzili producenta, Dave’a Meegana. No i nie mogli wybrać gorszej osoby do realizacji ich planu. Dave nie nagrywał ani tanio, ani szybko a już na pewno nie garażowymi metodami. Meegan jest jednym z najwolniejszych, najbardziej szczegółowych producentów jakich kiedykolwiek spotkałem (śmiech). No i nagraliśmy wtedy „Brave”, co zajęło nam trzy i pół roku (śmiech). Płyta nie była szybka, nie była surowa i na pewno nie była tania.

JK: Bardzo dziękuję Ci za wywiad

H: Również! Do usłyszenia.

 

(Łącznie odwiedzin: 20, odwiedzin dzisiaj: 1)