Ponieważ nie każdy musi znać My Dying Bride nie zaszkodzi przedstawić (bardzo skrótowo) kilku informacji na temat tego zespołu. MDB wraz z dwoma innym grupami: Paradise Lost i Anathema wchodzi (choć lepiej powiedzieć – wchodził) w skład tak zwanej „Wielkiej Trójki Peaceville”. Te trzy zespoły budowały scenę death doom metalową. Czym jest ta muzyka? Mamy tu powolne riffy przywodzące na myśl Black Sabbath oraz legendę Doom Metalu, Candlemass. Muzyka niepokojąca już choćby ze względu na swoje walcowate tempo uzupełniona została wzniosłością i melorecytacją kojarzoną ze sceną gotycką, głębokimi poetyckimi tekstami oraz wplatanymi growlami. Te jednak nie są w muzyce MDB czy dokonaniach wczesnego Paradise Lost wykorzystywane jako cel sam w sobie. Dla zespołów Death Doom Metalowych stylistyka ta stanowi narzędzie wykorzystywane w celu podkreślenia pewnych (najbardziej niepokojących czy bolesnych) elementów opowiadanej historii. Dlatego czyste wokalizy przeplatają się tu z pełnymi furii głębokimi wrzaskami. 

Jako jedyny spośród wymienionych zespołów My Dying Bride pozostał wierny swoim korzeniom artystycznym. Powoduje to, że po pierwsze, niektóre albumy wydają się zjadać własny ogon, a po drugie, nigdy nie udało się muzykom wkraść do mainstreamu. Inna sprawa, że nigdy do tego nie dążyli. MDB jest zespołem kultowym, mającym oddanych fanów szukających konkretnych emocji płynących z muzyki. Niestety, chęć pozostania wiarygodnym (Anathema już dawno za pięć minut sławy zaprzedała duszę diabłu a Paradise Lost pięknie lawirują między stylistykami mogącymi przynieść im więcej pieniędzy- zależnie od aktualnej mody) powoduje, że żaden z muzyków nie może poświęcić się całkowicie działalności artystycznej. Jak pokazuje rozmowa z Andrew Craighanem kwestia ta nie jest im wcale tak obojętna, jakby to wynikało z ich wcześniejszych wypowiedzi. Jeżeli ktoś zechce zapoznać się z naprawdę bardzo klimatycznymi i inteligentnymi dokonaniami grupy, zachęcam do przesłuchania „Turn Loose The Swans”, „The Dreadful Hours” oraz najnowszego, fenomenalnego, krążka „Feel The Misery”. Poniżej zamieszczam kilka okładek płyt zespołu, bo aspekt artystyczny samych wydań również nie pozostaje bez znaczenia. 


A teraz już czas na wywiad z Panem Andrew Craighanem.


Andrew Craighan


Jakub Kozłowski: Czy twoim zdaniem nostalgia jest ważna w muzyce? Czy teksty utworów w większym stopniu determinują kierunek w którym podążyć może utwór, czy jednak zależy to od riffów?
 
Andy Craighan: Z naszego punktu widzenia nie ma to znaczenia. Możemy zacząć komponowanie od tekstu bądź melodii. Na najnowszym albumie zaczęliśmy jednak od riffów nie posiadając wówczas jeszcze ani jednego napisanego słowa. Tak się dzieje najczęściej w naszym przypadku- teksty Aarona pojawiają się zwykle dopiero gdy lądujemy już w studiu nagraniowym.
 
 
JK: W jakim stopniu wasze charaktery (a wielokrotnie wspominaliście w wywiadach, że jesteście w zasadzie radosnymi ludźmi) wpływają na tworzenie piosenek wypełnionych smutkiem? Ta różnica między waszym nastawieniem a twórczością wpływa stymulująco?
 
AC: W wielu przypadkach wygłupy i żarty są jedynie metodą maskowania naszego prawdziwego, wewnętrznego smutku. Nie znaczy to, że nie jesteśmy czasami naprawdę szczęśliwi. W moim przypadku, wraz z wiekiem, dzieje się to coraz rzadziej. Nie wiem, czy wynika to tylko ze starzenia się, ale uśmiecham się mniej i coraz mniej rzeczy sprawia mi szczerą radochę. Nie jest więc dla mnie problemem pisanie takich egocentrycznych, utrzymanych w duchu „ah, biada mi!” utworów. Paradoksalnie jednak wciąż muszę być w dobrym nastroju, aby napisać cokolwiek. Depresja i wymęczenie życiem utrudnia bycie kreatywnym.
 
 
JK: A czy nie jest trudno grać na koncertach muzykę tak jasno emocjonalnie ukierunkowaną? To znaczy, czy nie trzeba osiągnąć odpowiedniego „stanu umysłu” aby odtworzyć uczucia towarzyszące powstawaniu jakiegoś utworu?
 
AC: Dla mnie nie. Granie  na żywo jest mechaniczną czynnością, w trakcie której odliczasz tempo i skupiasz się na występie. Nie znaczy to że przy okazji niektórych piosenek nie odczuwam emocji ale do występu muszę być po prostu przygotowany pod względem technicznym a nie „emocjonalnie naładowany”.
 
JK: No to tradycyjne pytanie o Twoje artystyczne inspiracje. Przypuszczam, że w przypadku My Dying Bride nie mogą one wynikać całkowicie z osobistych doświadczeń?
 
AC: Wydaje mi się, że, ogólnie mówiąc, każdy przejaw sztuki jest kumulacją doświadczeń. W naszym przypadku wyrażamy muzycznie to co otrzymujemy od życia, wszystkie znaki i dźwięki, miłość i nienawiść. Przetwarzamy je na potrzeby zespołu i dodajemy każdy element, który nas interesuje. Poczynając od fikcyjnej postaci Barghesta z Whitby (mityczny pies-goblin występujący w Angielskich legendach, któremu zespół poświęcił epkę z 2011 roku „The Barghest o’Whitby”- JK) czy elementy bardziej umocowane w codzienności. W ostatecznym rozrachunku wszystko to jest elementem ucieczki od świata i formą rozrywki.
 
 


JK: Zawsze uważałem My Dying Bride za zespół, który mógłby zostać doceniony przez Edgara Alana Poe. Na pewno odnalazłby w waszej muzyce te same romantyczne i mroczne pierwiastki, które kształtowały jego własne dzieła. A jaka literatura Ciebie inspiruje?
 
AC: Czytam dużo książek, które można zaliczyć do rodzaju konspiracyjnych teorii i historii rewizjonistycznych. Cenię sobie również książki o tym, jak Bank Anglii i Rezerwa Federalna stały się prywatnymi organizacjami, które po prostu okradają nas za przyzwoleniem rządu. Naprawdę, lektury tego typu potrafią utrzymać cię w stadium permanentnego doła psychicznego (śmiech).
 
JK: Czy postrzegasz siebie jako członka sceny Death Doom 
 Metalowej czy raczej takie zaszufladkowanie zostało wam 
narzucone przezfanów i dziennikarzy?
 
AC: Nie przeszkadza mi postrzeganie nas jako zespół 
death doom metalowy. Wiem, że wiele zespołów tego nie lubi, 
ale co w zasadzie można na to poradzić? Ludzie potrzebują 
jakiegoś punktu odniesienia, gdy opisują muzykę. Sklepy 
potrzebują systemu, który umożliwi ludziom odnalezienie 
konkretnego rodzaju muzyki bez konieczności przedzierając
 się przez góry popu. Jak długo na końcu naszej „szufladki” 
znajduje się słowo metal tak długo nie mam nic przeciwko. 
No chyba, że na początkubędzie „Glam”- to już nam 
zdecydowanie nie leży (śmiech).
 
 
JK: Dziennikarze wielokrotnie zaznaczali, że “Feel The Miser” jest albumem niezwykle zróżnicowanym. Ja dodałbym jeszcze, że jest on niezwykle przestrzenny i zimny. Z braku lepszego porównania mógłbym powiedzieć (zabrzmi to pretensjonalnie), że jest to taki odpowiednik zimy, gdy na przykład „Map of All Our Failures” przypomina mi klimatem deszczową jesień. Możesz powiedzieć mi coś więcej na temat nastrojów jakie wam towarzyszyły podczas nagrywania?
 
AC: Dużą część muzyki napisałem właściwie dla siebie samego. Ostatnie dwa albumy były oceniane i dobrze i źle a ja nie widziałem jakiegoś wzoru, który by za to odpowiadał. Więc na tym albumie pisałem po prostu tak, abym sam był zadowolony. Nie myślałem nad tym przesadnie głęboko, ani nie starałem się zrobić kanonicznego albumu My Dying Bride. Pisałem rzeczy, których normalnie pewnie byśmy nie nagrali bo po prostu nie było wówczas pod ręką nikogo, z kim można by pogadać o kierunku jaki powinniśmy obrać. Jasne, że celowałem w materiał który pozostanie w obrębie stylistyki zespołu, ale uznałem że nie ma to wielkiego znaczenia. Myślałem, że cokolwiek bym nie napisał i tak dostaniemy po głowie. Nie możemy wygrać. No i okazało się, że album osiągnął sukces a recenzje jakie otrzymujemy są bardzo dobre.
 
JK: Czytałem na waszej oficjalnej stronie, że Peaceville opublikowała inną wersję albumu niż oryginalnie planowaliście. Powiedz, z czego to wyniknęło?
AC: Po prostu opublikowali wersję przed ostatnimi poprawkami. Dzięki bogu ona również była już niemal skończona, nie stała się tu więc żadna krzywda materiałowi, ale w innej sytuacji mógłby to być prawdziwy kataklizm. Teraz mamy dwie wersje albumu: jedną, która stanowi gratkę dla kolekcjonerów i drugą, regularną wersję. Niedługo opiszemy na naszej stronie w jaki sposób można je rozpoznać.
 
JK: Zupełna wolność artystyczna, którą zgodnie z waszymi słowami dała wam wytwórnia obejmuje również szatę graficzną. Wiem, że mieliście konkretną wizję okładki „Feel The Misery” ale czy mógłbyś mi powiedzieć jak wyglądało to w przypadku poprzednich albumów? Skąd bierzecie pomysły?
 
AC: Okładki poprzednich dwóch albumów wynikały z naszej współpracy z Rhett’em Podersoo. W przypadku każdego z nich mieliśmy jasną wizję, tego co chcemy osiągnąć i po prostu staraliśmy się wprowadzić ją w życie. Okładka „For Lies I Sire” oparta jest na utworze tytułowym. Wizja martwego proroka będąca bezpośrednim wynikiem jego kłamstw. Całkiem prosta koncepcja. W przypadku A Map Of All Our Failures sprawa jest bardziej mętna, ale odnosi się do fragmentu utworu tytułowego i przedstawia po prostu pokuj opisany w utworze. Można w niej odnaleźć pewne ukryte smaczki, które lubimy dla zabawy dodawać tu i tam. Zawsze angażujemy się w projektowanie okładek naszych albumów w odróżnieniu od projektów kompilacji. Tych nienawidzimy i trzymamy się od nich jak najdalej można.
 
JK: Patrząc wstecz na historię zespołu, który okres najbardziej sobie cenisz? Początkowe lata kariery czy te ostatnie?
 
AC: Zdecydowanie początkowe lata grania. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak bardzo nasza działalność okaże się pusta, trudna do ciągnięcia i pozbawiona znaczenia. To były dobre czasy.
JK: Czyli nie postrzegasz kariery muzyka jako powołania? Bardziej jako trudne hobby czy pasję? Z tego co mówisz los zespołu, który nie należy do mainstreamu ale cieszy się kultowym statusem różni się znacząco od twoich oczekiwań?
 
AC: W tym momencie karierę muzyka postrzegam bardziej jak mroczną pasję. Nigdy nie byliśmy w stanie osiągnąć niczego więcej niż kultowy status w wąskich kręgach, bo nasza muzyka nie jest popularna. Po prostu. Celowo gramy horrorowi muzykę dla miłośników horrorów, na co mainstream nigdy by nie pozwolił. Żeby być szczerym dodam też, że  nigdy jakoś specjalnie nie podejmowaliśmy starań aby do mainstreamu się dostać. To, że gramy w takim a nie innym zespole jest naszym wyborem. Nigdy nie mieliśmy złudzeń, że staniemy się nową Metallicą czy czymś takim. Szczerze mówiąc ciągle jesteśmy zaskoczeni statusem jaki osiągnęliśmy w metalowym światku.
 
JK: My Dying Bride, nie licząc epek, wydaje albumy co kilka lat ale nie robicie żadnych większych tras koncertowych. Jest jakaś szansa, że w przyszłości będzie łatwiej zobaczyć MDB na żywo?
 
AC: Nie. Wydaje się, że będzie raczej coraz trudniej. Jest teraz tyle zespołów aktywnie koncertujących… a biznes muzyczny toczy ciężką walkę z innymi formami rozrywki o to, by przyciągnąć uwagę ludzi. Poza tym, bądźmy realistami, wszędzie brakuje kasy. Dla zespołu takiego jak nasz nie lada wyzwaniem jest tak wszystko zbalansować, by straty jakie ponosimy na organizowaniu koncertów (a wszystko wyrównujemy z pieniędzy jakie zarabiamy w naszych codziennych pracach) nie przekraczały przyjemności, jaką występy te nam dają. Również czasy, kiedy organizowało się trasę po to aby wesprzeć sprzedaż albumu już się skończyły. Ludzie nie kupują już albumów, bo wcale nie muszą tego robić, a i tak mogą posłuchać muzyki. Dlatego wybieramy takie występy, które pozwalają nam wyjść na zero, albo są warte strat, jakie ponosimy.
 
JK: Wielkie dzięki za wywiad, choć muszę powiedzieć, że dałeś dość pesymistyczną wizję bussinesu muzycznego. Mimo wszystko mam nadzieję, że dotrzecie do Polski z koncertem.
 


AC: Dzięki za pytania. Też mam nadzieję, że do was dotrzemy bo mamy parę fantastycznych wspomnień z Polski.


Turn Loose The Swans 1993
Like The Gods Of The Sun 1996
The Light at the End of the World 1999


A Line of Deathless Kings 2006





For Lies I Sire 2009


A Mapo Of All Our Faliures 2012


Feel The Misery 2015

(Łącznie odwiedzin: 29, odwiedzin dzisiaj: 1)