Pamiętam koncert Deep Purple w Krakowie bodajże z grudnia 2019 roku. Wybrałem się na ten występ z kolegą i doskonale pamiętam, jak staliśmy w lekko przerzedzonym tłumie słuchając występu legendy, która, na mnie osobiście, zrobiła dość przygnębiające wrażenie. Ot, doskonały zestaw kultowych utworów odegranych z wielkim znawstwem ale bez iskry i bez emocji. Do tego Ian Gillan…

Ian po prostu nie miał już głosu. Męczył się, albo przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Oczywiście wszystko tłumaczy jego wiek. Daj Boże, aby każdy z nas zachował tyle energii i hartu ducha w wieku (jak on wówczas) siedemdziesięciu czterech lat. Tak to sobie tłumaczyłem i tak tłumaczę nadal. Pozostaje jednak pytanie, czy w ogóle należy uzasadniać formę zespołu, który, niestety, coraz bardziej sprawia wrażenie formacji odrobinę zagubionej, nie wiedzącej jak zejść ze sceny.

Mam jeszcze jedno wspomnienie związane z tamtym koncertem. Po występie miałem okazję porozmawiać dłuższą chwilę ze znawcą Deep Purple, fanem od zawsze, kolekcjonerem i prawdziwym fascynatem muzyki purpli. Podszedł do nas i zapytał „Jak się podobał koncert”. Odparliśmy oboje z kolegą, że podobał się, tak… może być i wzruszyliśmy ramionami. Wówczas ów fan powiedział „A Ian Gillan? Słyszeliście Gillana?” – „Taak, słyszeliśmy”. „W takiej fenomenalnej formie nie był od lat!” – dodał z błyskiem w oku. Dało mi to do myślenia, w jaki sposób odbiór tego samego koncertu może być tak diametralnie różny. Czy wynika on z sympatii do formacji (chociaż nie – ja przecież również uważam się za oddanego fana) czy może nostalgii odrobinę zaślepiającej i odbierającej możliwość racjonalnego odbioru muzyki? Nie wiem. Może to przecież działać w obie strony. Może to ja się mylę. Być może tak właśnie jest. Może tamten koncert był fenomenalny a moje oczekiwania są niemożliwe do spełnienia? Może podobne słowa zachwytu usłyszałbym od wspomnianego fana również na temat nowego albumu? Co z tego jednak, skoro wówczas, po koncercie zastanawiałem się jedynie: „Skoro to był genialny występ Gillana, to boję się myśleć, jak brzmi występ kiepski”. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas odsłuchu „Whoosh!”.

Czy to jest dobra płyta? Kiepska? Każdy fan musi sobie na to pytanie sam odpowiedzieć i każdy będzie miał rację. Ja się tego nie podejmuje. Przedstawiam jedynie moje zdanie. Muzyka to nie tylko dźwięki, refreny, mosty, instrumentalne przerywniki a przede wszystkim emocje. Te nie wynikają z samych utworów a sposobu w jakie odbiera je słuchacz. Wpływ na nie mają osobiste, często niemożliwe do wyartykułowania wspomnienia czy odczucia. Ja nie pamiętam lat świetności Deep Purple. W czasie, gdy przyjechali do Poznania z Joe Lynn Turnerem w składzie byłem za mały, aby w ogóle na koncert się wybrać, co tu mówić o czasach „Machine Head” czy chociażby „Perfect Strangers”. Znam tą muzykę z albumów – przesłuchanych wielokrotnie, uważnie i z olbrzymią pasją. Miało to jednak miejsce lata po premierze, ba, całe dekady i poznawałem je w oderwaniu od wspomnień czasów w których powstały – z tego prostego powodu, że gdy na rynek trafił „Perfect Strangers” miałem raptem kilkanaście dni.

Czy to znaczy, że moja ocena dorobku Deep Purple, a w konsekwencji, najnowszych jego dokonań jest spaczona? Nie, chociaż być może brakuje jej emocjonalnego, głębszego zaangażowania. Nie patrzę więc na zespół i „Whoosh!” (tak jak nie patrzyłem w ten sposób na „Now What?!”,  „Infinite” czy wcześniejsze albumy) przez pryzmat osobistych wspomnień. Patrzę na nie bez emocji, ponieważ same te płyty emocji nie wywołują a pozbawiony jestem bagażu doświadczeń, które umożliwiłyby napełnić ten pusty pojemnik wrażeń i nadać mu wyraźny ciężar. Chciałbym, aby Deep Purple sami wypełnili ten figuratywny pojemnik odczuciami płynącymi prosto z fenomenalnych melodii, genialnych riffów i świetnej atmosfery, ale niestety tak się nie dzieje. Bez kultywowanej przez większość życia głębokiej nostalgii do zespołu jako takiego, budowanej w oderwaniu od konkretnej jakości poszczególnych nagrań, album „Whoosh!” zdaje się niezwykle, boleśnie wręcz letni.

Zawsze przy recenzowaniu płyt legend staję przed dylematem – czy bardziej cieszyć się, że zespołowi wciąż się chce grać dla fanów czy raczej zastanawiać się dlaczego wciąż gra, wbrew wyraźnemu zmęczeniu? Bo Deep Purple są zmęczeni. Jestem tego pewien. Potrzebują impulsu z zewnątrz, zastrzyku energii, który ponownie poruszy ich na tyle, że zdecydują się wejść do studia. W przypadku trzech ostatnich płyt takim zastrzykiem, jeżeli wierzyć samym muzykom, jest producent Bob Ezrin, który podejmuje się od czasu „Now What?!” zadania poskładania pomysłów zespołu w koherentną całość. Stąd jego współautorstwo wszystkich kompozycji na albumie. Nie lada zaszczyt, o który trudno gdyby jego wkład nie był faktycznie znaczący. Ezrin podobno przycina, skleja, pilnuje i ubiera w konkretne ramy twórczość Deep Purple ostatniej dekady i trudno pozbyć się wrażenia, że to właśnie te ramy ograniczają znacząco siłę oddziaływania muzyki, która stała się zrównoważona, na pewno elegancka, ale i pozbawiona tego co w rocku najważniejsze – odrobiny szaleństwa.

Słucham „Whoosh!” od kilku ładnych dni i z każdym odsłuchem zmuszam się do powrotu do płyty z coraz większym bólem. Trudno. Nic na to nie poradzę. Poza kompozycjami „Throw My Bones”, „Nothing At All”, „Step By Step” i może „Power of the Moon” nie odnajduję na albumie nic, co przykułoby moją uwagę. Co gorsza, nawet wspomniane utwory ulatują wraz z wybrzmieniem i nie chcą zagnieździć się w głowie.

Czy więc warto zapoznać się z płytą? Tak, warto. To w końcu Deep Purple – już na ostatnim zakręcie, już na końcu kariery ale wciąż Deep Purple. Moja córka już nie będzie mogła powiedzieć „Tak, widziałam Iana Gillana, Rogera Govera i Iana Paice’a na scenie” – tak jak ja nie mogę powiedzieć, że widziałem Led Zeppelin, a dużo bym za to dał. Nie powie również zapewne: „pamiętam co czułam, gdy wyszła kolejna płyta zespołu”. Dlatego cieszę się, że ten album powstał i nie żałuje czasu z nim spędzonego. Nawet jeżeli na mnie osobiście nie zrobił absolutnie żadnego wrażenia.

 

Jakub Kozłowski: Entuzjasta muzyki hard rockowej, progresywnej, metalowej oraz klasycznego southern rocka. W zasadzie entuzjasta rocka i heavy metalu wszelkich odmian. Były dziennikarz Lizard Magazyn, twórca i redaktor naczelny strony Muzyka z Bocznej Ulicy, dziennikarz Radia Poznań, tłumacz takich pozycji jak „W bocznej ulicy. Historia muzyki niegranej”, „Prawdziwy Frank Zappa”, „Ryk Bestii” czy „Dla dobra metalu”. W jego tłumaczeniu ukaże się również autobiografia Davida Vincenta i oficjalna biografia Paradise Lost. Nałogowy nabywca płyt wszelakich.

(Łącznie odwiedzin: 626, odwiedzin dzisiaj: 1)