W świecie show businessu pierwsza dekada lat dwutysięcznych to był dziwny czas. Spójrzmy na scenę filmową: w przedziwny sposób Hollywood nagle zainteresowało się inwestycją dużych (jak na ówczesne standardy) pieniędzy w tak zwane „crossovers”. Chodzi o łączenie serii, których największa popularność przypadała na lata 80. Oczywiście, postacie Freddy’ego Kruegera, Jasona Vorheesa, Obcego czy Predatora nadal cieszyły się kultowym statusem, ale były już raczej elementem historii popkultury. Wśród fanów o możliwych „crossoverach” mówiono raczej w kategoriach plotek: a to, że gdzieś tam podobno istniał gotowy scenariusz  „Alien vs Predator” (wyobraźnię napędzały doskonałe komisy, z których część opublikowała w Polsce nieodżałowana firma TM Semic) albo końcowa, zaskakująca scena filmu „Jason Goes To Hell”, gdy rękawica Freddy’ego wciąga maskę Jasona w głąb ziemi. Trzeba przyznać, że robiło to wrażenie na nastoletnich umysłach!

No i nastąpił wielki wybuch. Na wpół legendarne filmy, o których fani kina i komiksów rozmawiali godzinami, trafiły na ekrany. Tyle że gdy dym opadł, okazało się, że w ziemi pozostała jedynie malutka dziurka. Zaczęło się od „Freddy kontra Jason” z roku 2003, a potem napięcie spadało. Powstały bowiem prawdziwe potworki . O pomstę do nieba wołały kolejne części wypuszczane w ramach serii „Obcy kontra Predator”. Wychodząc poza filmy ze słowem „kontra” w tytule, dekada ta dała nam również inne gnioty w postaci „Van Helsing”, „Daredevil” czy „Catwoman”. Wszystkie one charakteryzowały się podejściem zakładającym, że widz nie jest niczym więcej, jak znaną z „Matrix” bateryjką i źródłem energii napędzającej, w tym przypadku, przemysł filmowy. Dużo efektów, głupie stroje bohaterów, kiepska choreografia i zero scenariusza. Oto co charakteryzowało filmową rozrywkę w hollywoodzkim stylu.

Rockowa rewolucja

Czemu o tym piszę? Ponieważ w latach 2000. dokładnie to samo działo się w przemyśle muzycznym. Nie będę tu oczywiście opowiadał o scenie pop czy największych ekstremach stylistycznych pokroju grindcore’u, funeral doom czy co bardziej poszukujących przedstawicielach klasycznego death metalu. W okresie dominacji grunge’u i nu-metalu na scenie ekstremalnej nie było różowo, ale muzycy działający w obrębie tych gatunków zawsze mieli pod górkę.

Warto jednak wspomnieć o „stylistycznym środku” cięższych odmian muzyki. Po kolei więc: najpierw publiczność w połowie lat 80. zaczęła odwracać się od większości przedstawicieli NWOBHM, by kierować zainteresowania w stronę bardziej hedonistycznych, wyuzdanych błaznów z formacji pokroju Ratt, Mötley Crüe czy Poison. Po relatywnie krótkim czasie (nie dziwota zresztą) ich zainteresowanie przykuły amerykańskie brudne (dosłownie!), naturalne, grające piekielnie szybko zespoły – rozkwitać zaczął thrash metal. Metallica, Slayer, Exodus, Megadeth, Anthrax, Testament, Death Angel, Overkill, Dark Angel i wiele, wiele innych formacji (również w bogatych pod tym względem Niemczech) zaczęło zdobywać popularność oraz sprzedawać rosnące ilości płyt. Zaczęły równocześnie coraz dłuższymi krokami zbliżać się do mainstreamu. Na szczęście dla gatunku nie zdołali oni, poza Metalliką oczywiście, wymościć foteli i z góry spojrzeć na, widoczny już jedynie z oddali underground. W międzyczasie przyszedł bowiem grunge, który pozbawiony gryzącego nastoletnie uszy jazgotu i ekstremalnych temp gitary przemawiał do szerszych zastępów Amerykanów. Zresztą najczęściej młodzieży wywodzącej się z dobrych domów, zbuntowanej i przeciwnej establishmentowi, w obrębie którego ich rodzice najczęściej dorobili się pokaźnych majątków. Nie przymierzając bohaterowie kultowego filmu „Orbitowanie bez cukru”. Młodzi przedstawiciele pokolenia post-yuppies’owskiego, którzy w dźwiękach Soungarden, Alice in Chains, Nirvany i Pearl Jam dostrzegali odzwierciedlenie swoich bliżej niezwerbalizowanych problemów  egzystencjalnych. Grunge niemal zabił muzykę metalową. Już nikt nie interesował się dokonaniami „starej gwardii”, a ta niejednokrotnie publikowała wówczas jedne z lepszych płyt w karierze. W latach 1991-1995 powstały doskonałe albumy Testament „The Ritual”, „Covenant” najlepszy w katalogu death metalowego Morbid Angel, „Countdown to Extinction” Megadeth czy „Seasons in the Abyss” Slayera – a wymieniam jedynie kilka z nich. Rynek muzyczny skupiony był jednak wyłącznie na flanelowych koszulach. Zespoły metalowe z trudem zarabiały na dalszą działalność, a ilość koncertów, jakie byli w stanie zabukować, malała w zastraszającym tempie. Narastały pretensje między przedstawicielami obu gatunków. W czasie wielkości thrash metalu Alice in Chains zaproszeni zostali do udziału w wielkiej trasie „Clash of the Titans”. Gdy to jednak Lanye Staley i koledzy zaczęli rozdawać karty, nigdy nie odwdzięczyli się tym samym. Chyba że za pomoc uznamy umożliwienie nagrania przez Toma Araya krótkiego krzyku na albumie „Dirt”.

Nu-metal

Okazało się jednak, że również i grunge był jedynie etapem, dominującą modą, która ustąpić musiała pierwszeństwa „nowemu”. Zresztą niepomiernie wpłynęli na to sami grunge’owi artyści, którzy jak się zdaje, z małą trzeźwością umysłu podchodzili do kwestii sławy i używek.

 „Brzmienie Seattle” powoli zaczęło oddawać pola muzyce artystycznie niejednolitej, będącej amalgamatem przeróżnych mniej lub bardziej popularnych wówczas stylistyk. Dlaczego bowiem nie połączyć rapu, hip-hopu (te wszędobylskie skrecze!) metalu i nostalgicznej naiwności, charakterystycznej dla nastolatków  – tak mocno kojarzącej się z ruchem grunge’owym? Wrzucono więc wszystko do jednego kotła, zamieszano i wyszedł nu-metal.

Muszę się od razu przyznać, że nie jestem w stanie podchodzić bezstronnie do tego konkretnego podgatunku. W moim odczuciu jest on zupełnie wyzuty ze szczerości, niezależności artystycznego wyrazu i jakiegokolwiek sensownego przekazu. Od wielu już lat nie mam ochoty wgłębić się w nic, co powszechnie zaliczane jest do wspomnianego nurtu. Nie słucham Korn (chociaż doceniam pierwsze trzy płyty tej konkretnej formacji) czy Mudvayne. Nigdy nie kupiłbym albumu Limp Bizkit, Papa Roach, czy, ludzie ratujcie, Crazy Town, Ill Niño bądź Guano Apes. Nikogo oczywiście nie oceniam i daleki jestem od potępiania znawców i fanów wspomnianych formacji, ale też nie widzę powodu, dla którego miałbym udawać, że jestem w stanie dostrzec w nich cokolwiek godnego uwagi.

Trudno jest również przejść do porządku dziennego nad faktem, iż przedrostek „nu” niemal zabił metal… i to cały – bez podziału na odgałęzienia. Oczywiście, nie wszystkie formacje należy do razu wrzucać do jednego worka: nu-metal, jak i black metal, thrash metal, grunge czy death ma do zaoferowania lepsze i gorsze kąski. Do lepszych zaliczyłbym Deftones, Disturbed czy Drowning Pool. Istnieją ponadto formacje, które na określenie mianem „nu-metal” nigdy nie zasługiwały. Ich jedyny związek ze wspomnianą stylistyką wynikał z faktu, że niejako w jej cieniu zdołali przebić się do świadomości słuchacza. Mówię tu konkretnie o Damageplan braci Abbott, Marilyn Mansonie oraz, przede wszystkim, o System of a Down.

Na przekór modzie

Nie czas i miejsce aby rozwodzić się o Mansonie czy następcy Pantery. Skupmy się jednak na Ormianach z Systemu. Ich muzyka zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie w roku 2001, w czasie kiedy na rynek trafił ich najpopularniejszy, i chyba faktycznie najlepszy, album „Toxicity” (debiut poznałem dopiero później). Obok „Lateralusa” Tool i „Blackwater Park” Opeth był to chyba najczęściej słuchany przeze mnie album w tamtym okresie. Wszystko dzięki fenomenalnej mieszance agresji przyprószonej burleską, zappowskimi wpływami aranżacyjnymi wzmocnionymi społecznie zaangażowanym przekazem, ale podlanym dadaistycznym sosem. Nie można odmówić im również wyczucia melodii. „Toxicity” było jednak również płytą surową, niełatwą w odbiorze i w żadnym wypadku nie schlebiająca dominującym na rynku gustom. Tym bardziej godne to pochwały, że w momencie opublikowania singla „Chop Suey!” zespół już niejako z marszu zasilił szeregi najbardziej modnych zespołów amerykańskiej sceny.

Nie znajdziecie tu jednak skreczy ani smutnego pana, którego jedyna rola sprowadza się do zarapowania kilku linijek tekstu. Zresztą gitarzysta Daron Malakian wspominał przy wielu okazjach że nu-metalu nie lubi. Nie lubił też stylistycznego szufladkowania muzyki System of a Down, co zresztą nie może dziwić. SOAD  to bunt, duch punka, metalu i hardcore’u oraz inteligentnego popu zamknięty w magicznej szkatułce. Ormianie tworzyli muzykę przepełnioną energią, szczerą wściekłością (ale bynajmniej nie ślepą!) brudem oraz potem wylanym na scenach podrzędnych klubów. Zresztą mam wrażenie, że robiliby dokładnie to samo niezależnie od okoliczności. Pewnie i obecnie można by obejrzeć ich występ w zadymionych przybytkach Los Angeles i to nawet, gdyby Rick Rubin po jednym z koncertów nie zaproponował im kontraktu.

Iskra nadziei

Dlatego niezmiennie denerwuje mnie przypisywanie twórczości SOAD do gatunku, który wydał na świat potworki typu: „Podejdź moja damo, podejdź, podejdź moja damo, jesteś moim motylkiem, cukierkiem, kotkiem” (twórczość Crazy Town, gdyby ktoś miał wątpliwości). System of a Down, pielęgnując swoje armeńskie korzenie nie tylko wykorzystują zdobytą pozycję do zwiększania świadomości Amerykanów na temat rzezi Ormian w latach 1915-1917, co szanuję, ale nadają tworzonym przez siebie utworom charakterystycznego, chociaż nie nachalnego, orientalnego charakteru. „Toxicity” i późniejsze (i chyba moje ulubione) „Mezmerize/Hypnotize” brzmią, jak gdyby muzyka nagrana została w górzystych regionach Armenii, po czym taśmy matki zamrożono ciekłym azotem, aby następnie wystawić je na działanie słońca rozgrzewającego hollywoodzkie Sunset Bulevard. W latach 2000 twórczość System of a Down, pod względem muzycznym, przywracała wiarę w ludzi. Dawała nadzieję, że dobra muzyka nadal może zdobywać szczyty list przebojów. I dlatego na zawsze będę miał do nich szacunek, nawet jeżeli do płyt wracam być może rzadziej niż powinienem.

Każdy, kto chce przypomnieć sobie twórczość tej nieoczywistej formacji, powinien chwycić za doskonałą monografię Bartka Koziczyńskiego, która właśnie teraz trafia na rynek. Książka obejmuje okres kształtowania się zespołu w późnych latach 90. jak i solowe działania Serja Tankiana i Darona Malakiana po zawieszeniu działalności SOAD. Mówiąc w skrócie: fan zespołu znajdzie tu wszystko, co potrzeba do odświeżenia sobie losów Ormian, którzy na początku XXI wieku stanowili prawdziwą awangardę metalowej odnowy.

Jakub Kozłowski

Sekretarz redakcji In Rock

Lizard magazyn

Przeczytaj fragment biografii System of a Down

„SYSTEM OF A DOWN – HIPNOTYCZNY KRZYK”

Bartek Koziczyński

fragment rozdziału 1

Wioska Efkere wydawała się rajem na ziemi. Leżała w płytkiej dolinie, którą przecinał malowniczy strumień, Darsiakh Suyu. Po obu jego stronach wznosiły się kamienne domy – jeden nad drugim, dachy tych z dołu służyły za tarasy położonym wyżej. Po wschodniej stronie błyszczała kopuła Surp Stefanos – kościoła pod wezwaniem św. Stefana. Po zachodniej nad okolicą górował Surp Garabed – klasztor pod wezwaniem Jana Chrzciciela, jedno z najważniejszych miejsc ormiańskiego chrześcijaństwa. Nie wiadomo, kiedy dokładnie powstał. Niektórzy twierdzili, że założył go apostoł św. Juda Tadeusz w pierwszym wieku naszej ery. Inni, że stało się to dwieście lat później, za sprawą św. Grzegorza Oświeciciela. Tego samego, który nakłonił króla Tiridatesa III, by ustanowił chrześcijaństwo religią państwową. Armenia dokonała tego w 301 roku. Jako pierwsze państwo świata.

Nieco ponad sto lat później królestwo upadło. Jego ziemie podzieliły między siebie Bizancjum i Persja. Natomiast w 1071 roku kraj podbili Turcy i panowali nad nim aż do XIX wieku, gdy wschodnią część terytorium zdobyło Imperium Rosyjskie. Efkere pozostało w strefie kontrolowanej przez Imperium Osmańskie, w którym mieszkały ponad 2 miliony Ormian. Narastały wśród nich dążenia niepodległościowe, wybuchła seria powstań, co doprowadziło do prześladowań ze strony Turków. Obawiali się, że rebelianci, posądzani o sprzyjanie wrogiej Rosji, oderwą zamieszkaną przez siebie część terytorium. Pod koniec XIX wieku w pogromach mogło stracić życie nawet 300 tysięcy Ormian.

Efkere te zawirowania omijały. Na stokach doliny mieściło się pięćset ormiańskich gospodarstw, których mieszkańcy żyli w zgodzie z nielicznymi osiadłymi w niższej części wioski Turkami. Tak było do 24 kwietnia 1915 roku. Tego dnia rząd wydał rozporządzenie, w którym nakazał aresztowanie ormiańskiej inteligencji z zamiarem jej natychmiastowej eksterminacji. Miesiąc później wydano rozkaz deportacji pozostałych przedstawicieli mniejszości do Syrii i Mezopotamii. Zakładano, że zostaną zdziesiątkowani podczas wędrówki przez pustynię, a dla tych, którzy przeżyją, przygotowano obozy koncentracyjne.

Świadkami tej tragedii byli sześcioletni Stepan Haytayan oraz jego młodsi bracia: Dawid i Harutyun. Mój ojciec, jego ojciec i brat, wszyscy mieszkający w Efkere mężczyźni, zostali zakuci w łańcuchy – wspominał Stepan w dokumentalnym filmie „Screamers”. Podeszliśmy bliżej, żeby go zobaczyć i natychmiast pojawił się żołnierz z bronią. „Wynocha, wynocha!” – krzyknął. Wystąpiłem do przodu, żeby ucałować ojca. Nie pozwolił na to. Podszedłem do ojca, ale nie mogłem go dotknąć. Zabrali go i był to ostatni raz, gdy go widziałem.

Wkrótce potem zginęła opiekująca się chłopcami babcia. Turcy nie pozwalali grzebać zwłok. Nie było chowania w ziemi. Zabrali ją, żeby wrzucić do wody. Na brzegu rosły krzaki, w które zaplątały się jej włosy. Jakkolwiek byśmy nie próbowali, nie mogliśmy jej wyswobodzić. Nad ranem ciało oderwało się od głowy i popłynęło. A głowa została w krzakach. Widzieliśmy to z Dawidem. Wyswobodziliśmy jej głowę z zarośli i wrzuciliśmy do wody. Przypomnijmy: doświadczyły tego kilkuletnie dzieci. Wygnane następnie ze swojego domu, skazane na długi marsz w trudnym terenie. Na wzgórzach były albo strome, albo wysokie przeszkody – wspominał dalej Stepan. Nie dało się ich pokonać, żadne z dzieci nie dało rady iść. Ile trzeba było mieć siły, żeby wędrować w górę i w dół po takim terenie! Jeśli ktoś zostawał z tyłu, był bity. A jeśli byliśmy na jakiejś wąskiej grani, spychano słabszych, staczali się ze zbocza góry w pustkowie, na pastwę dzikich zwierząt… Jeśli się coś takiego widziało, w człowieku pojawia się wielki strach.

Chłopiec trafił do prowadzonego przez Amerykanów sierocińca na Cyprze. Mój brat, Dawid, został z tyłu i zmarł. Oszalałem z rozpaczy, zamierzałem rzucić się do morza, ale mnie złapali. Spróbowałem więc ponownie. „Zabierzcie mnie do Dawida!”. No to mnie zabrali. Zobaczyłem krzyż z napisem „Dawid Haytayan”. „Pozwólcie mi go wydostać!”. Zacząłem kopać. Powiedzieli: „Synu, on nie żyje”.

Szacuje się, że w czasie Rzezi Ormian zginęło około 1,5 miliona ludzi. Pół miliona tych, którzy przeżyli, rozpierzchło się po świecie, tworząc diasporę, która dziś liczy 7 milionów osób. Liczbę ocalałych sierot szacowano na 90 tysięcy. Przy czym mowa o tych, które znalazły się poza terytorium Turcji (okrojonym po klęsce w pierwszej wojnie światowej). Kolejne 70 tysięcy zostało w instytucjach prowadzonych przez Turków, w ich prywatnych domach, a także domach Kurdów i Arabów. Niewielką część zdołano w następnych latach wysłać poza granice kraju.

Stepan Haytayan zaliczył pobyt w kilku domach opieki, pełnoletniość osiągnął w Libanie. Tam poznał ocalałą z zagłady dziewczynę o imieniu Varsenig, która wywodziła się z miasta Tokat. Przetrwała dzięki pomocy tureckiego oficera, który mimo grożących za to represji ukrył dziewczynkę i jej rodzinę. Doczekali się córki, Alice. Ta, gdy dorosła, poznała przybyłego z Syrii Khatchadoura Tankiana. Jego rodzice, Nazaret i Vartouhi, pochodzili z Čork Marzban (tureckie Dörtyol) i Urhai (turecka Şanlıurfa). Przeżyli dlatego, że brali udział w budowie linii kolejowej Berlin-Bagdad. Był to projekt realizowany przez Niemcy, sojusznicze wobec Turcji, które chciały zyskać połączenie z brzegiem Zatoki Perskiej. Gdy w 1915 roku zaczęto eksterminować robotników pochodzenia ormiańskiego, prace zwolniły na tyle, że niemieccy inwestorzy wynegocjowali ochronę pozostałych do czasu zakończenia budowy.

W 1967 roku w Bejrucie przyszedł na świat syn Khatchadoura i Alice – Serj Tankian. W 1972 w tym samym libańskim mieście urodził się Hovig Dolmayan. Jego dziadek był świadkiem egzekucji swojego dziadka – Turcy zastrzelili go, gdy ukrywał się na drzewie. Dwa lata później w Erywaniu, stolicy Armeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, powitano na świecie Shavarsha Odadjiana. Jego pradziadek widział z kolei, jak Turcy ścinają głowy jego ojcu i matce. Rok po nim narodził się Daron Malakian. Ormianin z Hollywood, którego babcia była świadkiem zasztyletowania przez tureckich żołnierzy jej szwagra, siostrzenicy i kilkorga kuzynów. Dwie dekady później wszyscy spotkali się w Los Angeles. I założyli grupę muzyczną.

Nie siedliśmy z założeniem: „zróbmy ormiański zespół” – mówił mi Serj Tankian podczas pierwszej wizyty w Polsce, w 1998 roku. Tak się po prostu stało. Jesteśmy przyjaciółmi. Wywodzimy się z tego samego miejsca – ormiańskiej społeczności w Los Angeles. Nie zamierzamy grać ormiańskiego rocka. Chodzi o artystyczne wyrażenie się jako istoty ludzkie. Odrzuć ormiańskość, odrzuć polskość, czy cokolwiek… Wszyscy jesteśmy ludźmi.

Takie, a nie inne pochodzenie muzyków sprawiło jednak, że powstała grupa niezwykła. Choćby pod względem podejścia do rock’n’rollowego stylu życia. Nasze rodziny wychowały nas w określony sposób, według określonych zasad – wyjaśniał Shavo Odadjian w „LA Weekly”. Każdy z nas jest inny, ale korzenie są te same: wszyscy wiemy, że nie przejdą dowcipy na temat naszych matek… I nie kombinujesz z czyjąś narzeczoną. Dziewczyny, siostry, matki – o nich nie rozmawiamy. To bluźnierstwo, herezja! Te niewypowiedziane rzeczy zbliżyły nas do siebie.

 Połączyła ich też chęć głoszenia prawdy o wydarzeniach z 1915 roku, wynikająca z psychologicznej traumy narodu. Mój dziadek dużo mi o tym opowiadał, o tym jak zdołał uciec, a całą jego rodzinę zamordowano – wyjaśniał Serj w „NY Rock”. Dorastałem z tym, to wpłynęło na moje myślenie. Fakt, że mamy w zespole te same korzenie, to samo ormiańskie pochodzenie, łączy nas. W jakimś stopniu wszyscy jesteśmy outsiderami i patrzymy na sprawy z punktu widzenia outsiderów. Spoglądamy z zewnątrz, a taka perspektywa często jest bardziej wyraźna.

Po wiosce Efkere nie zostało wiele. Nie ma strumienia – zasilający go zbiornik wodny Darsiakh Suyu, na brzegach którego sto lat temu odbywały się zabawy, został uregulowany. Na zachodnim stoku doliny widać resztki dużego budynku. Tętniący życiem klasztor, jedno z najważniejszych miejsc kultu ormiańskiej społeczności w Imperium Osmańskim, do którego pielgrzymi zjeżdżali nie tylko na modlitwy, ale i wypoczynkowy pobyt w pokojach gościnnych, zamienił się w stertę gruzu. Po licznych ormiańskich domach pozostały tylko fundamenty. Na wschodnim stoku doliny straszy resztka kościoła św. Stefana – pozbawiony kopuły służy jako magazyn dla tureckich mieszkańców okolicy. Pamięć o Efkere jednak żyje. Dbają o to między innymi ekscentryczni rockmani z Los Angeles.

Tytuł

Awangarda metalowej odnowy
4.83 (96.67%) 6 votes